O powstawaniu idei
Dobry poranek to taki, kiedy wszystkie ważne sprawy załatwione są jeszcze przed śniadaniem, a ono samo składa się z sałatki z brokułów i własnoręcznie wykonanego sosu czosnkowego (który, o, dziwo, wychodzi), herbaty z sokiem malinowym oraz ciasta czekoladowego.
Przy tej całej "dorosłości" jest we mnie więcej dziecka, niż myślałam. Potrzebuję ciągłych pochwał, żeby wiedzieć, że coś robię dobrze. Z krytyką sobie radzę, ale nie mogę przeżyć bez jakiejś linii wspierającej. Na wszystko, co mi nie pasuje, najczęściej reaguję buntem na zasadzie: "na złość mamie odmrożę sobie uszy". Nie umiem rozładować emocji, a jedynym sposobem na nie jest płacz. Brak jakiegokolwiek konstruktywnego działania. Mówią, że lepiej się wypłakać, ale, jeśli ja nad tym zupełnie nie panuję, czy jest to na pewno dobre rozwiązanie?
Wciąż siedzi we mnie idea "dzienników podróżnych" na wzór tych tworzonych przez Edwarda Stachurę. Doprawdy, doskonały wzór postępowania sobie wybrałam, ot co! Jeśli skończę, uciekając ze szpitala psychiatrycznego, wypierając się jakichkolwiek problemów czy chorób psychicznych i popełnię samobójstwo, będzie to rzeczywiście wspaniałe zakończenie wspaniałego życia. Nie, nie o to chodzi. Nigdy nie miałam myśli samobójczych. Kiedy napadają mnie jakieś złe stany, w których myślę, że nie jestem nic warta i moje istnienie nic nie znaczy, unosi mnie ambicja i postanawiam sobie, że udowodnię światu i pokażę, że wcale tak nie jest. Otóż, buduję sobie sens bez podstawy. Jako że jestem za słaba, aby przyczynić się działaniem, wymyślam sobie, że napiszę doskonałe dzieło (dopracowując je w każdym detalu), które przywróci wiarę w ludzkość i sprawi, że wszystkie problemy się rozwiążą. To taki skrót myślowy. Marzenie o wielkiej idei - naprawie tego, co w nas złe.
Jak mogę radzić sobie z emocjami? Nie odczuwać ich? Czuję, że nie tędy droga. Może nie ma dla mnie żadnej rady i po prostu muszę pogodzić się z tym, że tak już mam?
Kartie
Przy tej całej "dorosłości" jest we mnie więcej dziecka, niż myślałam. Potrzebuję ciągłych pochwał, żeby wiedzieć, że coś robię dobrze. Z krytyką sobie radzę, ale nie mogę przeżyć bez jakiejś linii wspierającej. Na wszystko, co mi nie pasuje, najczęściej reaguję buntem na zasadzie: "na złość mamie odmrożę sobie uszy". Nie umiem rozładować emocji, a jedynym sposobem na nie jest płacz. Brak jakiegokolwiek konstruktywnego działania. Mówią, że lepiej się wypłakać, ale, jeśli ja nad tym zupełnie nie panuję, czy jest to na pewno dobre rozwiązanie?
Wciąż siedzi we mnie idea "dzienników podróżnych" na wzór tych tworzonych przez Edwarda Stachurę. Doprawdy, doskonały wzór postępowania sobie wybrałam, ot co! Jeśli skończę, uciekając ze szpitala psychiatrycznego, wypierając się jakichkolwiek problemów czy chorób psychicznych i popełnię samobójstwo, będzie to rzeczywiście wspaniałe zakończenie wspaniałego życia. Nie, nie o to chodzi. Nigdy nie miałam myśli samobójczych. Kiedy napadają mnie jakieś złe stany, w których myślę, że nie jestem nic warta i moje istnienie nic nie znaczy, unosi mnie ambicja i postanawiam sobie, że udowodnię światu i pokażę, że wcale tak nie jest. Otóż, buduję sobie sens bez podstawy. Jako że jestem za słaba, aby przyczynić się działaniem, wymyślam sobie, że napiszę doskonałe dzieło (dopracowując je w każdym detalu), które przywróci wiarę w ludzkość i sprawi, że wszystkie problemy się rozwiążą. To taki skrót myślowy. Marzenie o wielkiej idei - naprawie tego, co w nas złe.
Jak mogę radzić sobie z emocjami? Nie odczuwać ich? Czuję, że nie tędy droga. Może nie ma dla mnie żadnej rady i po prostu muszę pogodzić się z tym, że tak już mam?
Mute Math - You are mine
Kartie
Komentarze