Zachód

Śledzę wzrokiem zmieniające się obrazy. Czuję dreszcze. Jestem z nim. Tak jak nigdy nie byłam. Które z nas to zaczęło? Dwoje ludzi połączyło się ze sobą inaczej niż zawsze. To nie jest zwykłe spotkanie. Pewne spojrzenia są o ułamki sekund za długie, niektóre uśmiechy odrobinę zbyt wymuszone. Nie wynika to z grzeczności czy przyzwyczajeń. W ten sposób kamuflujemy się, usiłując uciec przed zdemaskowaniem. Następuje ta komiczna gra pozorów, podczas której żadna ze stron nie przyzna się, o co jej właściwie chodzi, a będzie wypatrywała podejrzliwie wszelkich śladów słabości u przeciwnika. W takiej przyjaźni nie może być mowy o partnerstwie. Kończy się ono wraz z pierwszą łzą uronioną przez pojawiający się znikąd smutek. Czy to ja się zmieniłam czy może on? Jak długo można trwać w tym stanie bez opamiętania? Można powiedzieć, że iskra, która mignęła między nami, zgasiła cały płomień. Nastał chłód, który rozprzestrzenia się. Zimno wiruje, zamrażając naszą krew. Jesteśmy bezsilni wobec tego, co zaczyna władać naszymi odczuciami. Nie mogę być bezwzględna, tak samo jak nie powinnam być czuła. Czy nie jest prawdą, że gubią nas nasze własne uczucia? Może po prostu nie wiemy, co zrobić z tymi odwzajemnionymi?

Czy to, co myślimy, że czujemy, jest prawdziwe? Czy możemy wierzyć, że taka miłość istnieje? Odsuwam rękę o kawałek za daleko. Już wiem, co to znaczy. Pomyśli, że chcę się oddalić. Nie potrzebuję go albo zwyczajnie unikam. Jeśli teraz przysunę ją, będzie to świadczyło o tym, że jestem niezdecydowana i tylko chcę go zwodzić. Pewne sprawy nie istnieją. Nigdy nie powinny istnieć. Nie ma żadnej siły, która mogłaby powołać je do życia, prócz wyobraźni. Właśnie ona jest winowajczynią. To ona odpowiada za te wszystkie ograniczenia, które powstrzymują nas przed dokonaniem czegoś bez przemyślenia. Skąd w nas ta odpowiedzialność za drugiego człowieka? Przy tym tak często zdarza nam się czuć, że inni nie przejmują się naszym losem. Ten rachunek nie jest równy. Nie można doprowadzić ich do łez bez powodu. Za wszystkim coś stoi. Niech to będzie nawet migająca latarnia z przepalającą się żarówką. Zawsze znajdzie się coś, co jest powodem.

Nie czuje mojego oddechu. Odchyla głowę do tyłu, rozumiejąc, że tylko tyle mu pozostało. Jedyne działanie w bezruchu, które nie będzie się wiązało z życiodajną nadzieją na koniec. Patrzy nie na mnie. Widzi obcego człowieka, w którym uchował się strzępek duszy. Nie próbuje wypruwać go na powierzchnię. Potrafi nasycić się oparami osoby, którą kiedyś byłam. Czasami tylko tyle wystarczy, żeby poczuć się inaczej. Odnowić uprzednie założenia. Może nawet uwierzyć, że gdzieś jest ten spokój, za którym tak się tęskni. W którymś wszechświecie znajdą się ramiona, które zamkną mnie i ochronią przed dawną agonią. Puste sny przestaną mnie dręczyć, a w zamian ukażą mi tylko to, czego od zawsze potrzebowałam. Teraz już rozumiem, że są rzeczy, do których nigdy nie będę zdolna.

Komentarze