O nielotach


Już nie czuli się jak dopiero co zakochani, wbrew przypuszczeniom kapitana i Zenaidy, ani tym bardziej jak późni kochankowie. Było tak, jakby przeskoczyli uciążliwą mękę małżeństwa, docierając od razu do sedna miłości. Przemijali w milczeniu, niczym dwoje starych małżonków doświadczonych przez życie, poza zasięgiem pułapek namiętności, poza zasięgiem brutalnego szyderstwa, marzeń i pełnych ułudy rozczarowań: poza zasięgiem miłości. Bo zdążyli razem już tyle przeżyć, żeby pojąć, że miłość jest miłością o każdej porze i w każdym miejscu, ale im bliżej śmierci, tym bardziej jest intensywna.

Gabriel Garcia Marquez, Miłość w czasach zarazy


Nad polem unosiła się gęsta mgła. Zatopione w tej mlecznej mazi drzewa wyciągały swoje wierzchołki ponad powierzchnię niczym maszty statków wyłaniające się zza horyzontu. Gdybym mogła, spędziłabym resztę życia na wysokości, wypatrując najwyższego, aby to na nim osiąść i założyć swoje gniazdo. Skoro jednak zeszliśmy już z drzew, wypadałoby jednak szukać osady na swoim poziomie, zamiast przechodzić najśmielsze oczekiwania szybując w przestworzach. Podczas procesu znajdowania właściwego miejsca nasuwa się wiele pytań. Tym, które stanowi podwalinę całej metody, jest: czy w ogóle potrzebuję się zatrzymywać? Ja chowam się za pniami, uważając by żaden cień mnie nie zdradził. Promienie słoneczne nie przebijają się prosto przez mgłę. Jest jasno, ponieważ światło dochodzi zewsząd. Znikam, docierając do głębi lasu. A jednak ktoś mnie dogania. Znajduje w niezamierzonej kryjówce. Będąc ze mną, wspierając w wędrówce, stopniowo wyciąga mnie na powierzchnię, gdzie nie tonę, lecz lecę. Nie niosę ze sobą obciążenia - w końcu nie potrzebuję nic więcej.

Wspięłam się na skałę, z której można było dostrzec cokół po pomniku. Teraz stał pusty i żaden inny posąg nie kwapił się, aby zająć miejsce poprzednika. Zamykanie się w kamieniu nie jest w modzie. Ja zgodziłabym się na to tylko pod jednym warunkiem - że nie stałabym sama. Czy nie jest tak, że, jak tylko się da, unikam samotności? Nazwę to raczej pragnieniem szczególnego towarzystwa. Żądaniem obecności tego, kto skonstruuje mi skrzydła i pokieruje, jak lecieć. Nie jestem Ikarem. Szukam mentorów.

- Skończyłaś?
- A gdyby?
- Już?
- Hm... Nie przejmuję się, przejmuję Cię. Tyle chciałam powiedzieć.

____________

Im - lecieć w otchłanie,
Mnie - wzwyż!

      J. Kaczmarski, Lot Ikara

Komentarze

Anonimowy pisze…
coraz rzadziej te posty się pojawiają, a naprawdę lubię czytać :/
K pisze…
Co za wyczucie! Akurat w momencie, kiedy zaczęłam pisać następny :)
Anonimowy pisze…
O proszę! :D