Moja droga
Jak się okazało, zostałam związana w dokładnie taki sam sposób jak tamten chłopak. Nie wiem, czy mieli do tego maszyny czy stały algorytm, ale wszystko było dokładnie dopasowane do proporcji i budowy sylwetki. Jaka była metoda wyswobodzenia? Zacząć od dołu. Krzesło nie było ciężkie. Wystarczyło przechylić się do przodu tak, żeby stanąć na całych stopach. Wtedy węzły na dole lekko się rozszerzały i można było po kolei wysunąć nogi. Dalsze ruchy ograniczały się do powolnego przemieszczania poszczególnych lin przez manewrowanie barkami. Trochę cierpliwości, parę następnych odgięć kończyn i w ten sposób podejmuje się decyzję o wolności. Taką instrukcję potem otrzymałam. Nie byłam w stanie tego zrobić. Udało mi się wreszcie przekonać kogoś, żeby mnie uwolnił. A może sami się na to zdecydowali, widząc, że ten bezsens do niczego nie prowadzi? Tak czy inaczej, odwiązali mnie. Potarłam ręce, na których odcisnęły się ślady lin, które wyczuwałam pod opuszkami palców. Nie miałam siły zastanawiać się nad tym, co się dalej ze mną stanie. Mój wzrok wciąż był ograniczony przez nieprześwitujący kawałek materiału. Ktoś delikatnie chwycił mnie za łokieć. Tak lekko, jakby prowadził swoją ukochaną - miękki dotyk nie pozwalający jej na odczucie jakiegokolwiek zagrożenia - żeby w romantyczny sposób pokazać jej rocznicową niespodziankę, a nie ściskając ciężko szorstkie ręce nakierowujące zdezorientowanego więźnia, który zaraz usłyszy swój wyrok. Przeszliśmy parę kroków, po czym usłyszałam trzask drzwi. Byłam ukochanym więźniem.
Pewnego razu postanowiłam sobie skrócić drogę. Chyba zaczynam wierzyć w drobne przypadki, które niechętnie, ślamazarnie podpełzają zawsze pod moje drzwi. Niespiesznie jak ślimaki, o których wierszyki uwielbiałam w przedszkolu. Może raczej powinnam powiedzieć pod moje stopy? Zwykle też jestem do nich nieprzychylnie nastawiona. Szłam szybko i pewnie, ponieważ byłam przekonana, że, jeśli zwolnię choć na chwilę, bez wątpienia się spóźnię. Kątem oka zobaczyłam spłoszoną sarnę po prawej stronie. Przeniosłam spojrzenie przed siebie. Lubię widzieć cel, do którego dążę. Pożałowałam tego w tej samej sekundzie, w której ujrzałam mężczyznę ściągającego spodnie. Nie mogę zawrócić, przecież to spotkanie jest ważne! Idę sama przez las, a przede mną rozbiera się mężczyzna, który ma na sobie czerwone bokserki. Może to oznaczać tylko dwie rzeczy - albo zaraz będzie bardziej lub mniej skutecznie próbował mnie zgwałcić, albo to dość nieszkodliwy ekshibicjonista. Koło fortuny kręciło się, a ja do ostatniej chwili nie mogłam poznać losu. Pozostaje jeszcze opcja, że jestem szaloną pesymistką i nie każdy mężczyzna będący sam w lesie i czający się na nadchodzącą młodą kobietę stanowi dla niej zagrożenie. Przecież wszyscy żyjemy na tak cudownej planecie! Uznałam, że przejdę tak po prostu, udając, iż on wcale tutaj nie stoi. Mimo to przyspieszyłam kroku. Zobaczyłam jego i zaparkowaną obok ciężarówkę. Czemu zaspałam właśnie dzisiaj?! Nie wytrzymałam i nawiązałam z nim kontakt wzrokowy. Tyle wystarczyło.
- Ja się obnażam, a tu dama idzie. Nie boi się pani sama iść przez las?
- A chce mnie pan eskortować? - wypaliłam. Nie mam pojęcia, co we mnie wstąpiło, ale zaczęłam napawać się moją chorą odwagą. Mogłabym pisać scenariusze filmowe o absurdalnych feministkach. Nie każda idiotka ma takie szczęście jak ja. Zobaczyłam, jak mój potencjalny oprawca sięga po drugą parę spodni. Tylko się przebierał.
Pewnego razu postanowiłam sobie skrócić drogę. Chyba zaczynam wierzyć w drobne przypadki, które niechętnie, ślamazarnie podpełzają zawsze pod moje drzwi. Niespiesznie jak ślimaki, o których wierszyki uwielbiałam w przedszkolu. Może raczej powinnam powiedzieć pod moje stopy? Zwykle też jestem do nich nieprzychylnie nastawiona. Szłam szybko i pewnie, ponieważ byłam przekonana, że, jeśli zwolnię choć na chwilę, bez wątpienia się spóźnię. Kątem oka zobaczyłam spłoszoną sarnę po prawej stronie. Przeniosłam spojrzenie przed siebie. Lubię widzieć cel, do którego dążę. Pożałowałam tego w tej samej sekundzie, w której ujrzałam mężczyznę ściągającego spodnie. Nie mogę zawrócić, przecież to spotkanie jest ważne! Idę sama przez las, a przede mną rozbiera się mężczyzna, który ma na sobie czerwone bokserki. Może to oznaczać tylko dwie rzeczy - albo zaraz będzie bardziej lub mniej skutecznie próbował mnie zgwałcić, albo to dość nieszkodliwy ekshibicjonista. Koło fortuny kręciło się, a ja do ostatniej chwili nie mogłam poznać losu. Pozostaje jeszcze opcja, że jestem szaloną pesymistką i nie każdy mężczyzna będący sam w lesie i czający się na nadchodzącą młodą kobietę stanowi dla niej zagrożenie. Przecież wszyscy żyjemy na tak cudownej planecie! Uznałam, że przejdę tak po prostu, udając, iż on wcale tutaj nie stoi. Mimo to przyspieszyłam kroku. Zobaczyłam jego i zaparkowaną obok ciężarówkę. Czemu zaspałam właśnie dzisiaj?! Nie wytrzymałam i nawiązałam z nim kontakt wzrokowy. Tyle wystarczyło.
- Ja się obnażam, a tu dama idzie. Nie boi się pani sama iść przez las?
- A chce mnie pan eskortować? - wypaliłam. Nie mam pojęcia, co we mnie wstąpiło, ale zaczęłam napawać się moją chorą odwagą. Mogłabym pisać scenariusze filmowe o absurdalnych feministkach. Nie każda idiotka ma takie szczęście jak ja. Zobaczyłam, jak mój potencjalny oprawca sięga po drugą parę spodni. Tylko się przebierał.
* * *
PS Coraz bardziej podoba mi się zacieranie granic. Co będzie następną?
PS 2 200! Kto nie szanuje swojego czasu i przeczytał wszystkie? Dziękuję za obecność! :)
PS 2 200! Kto nie szanuje swojego czasu i przeczytał wszystkie? Dziękuję za obecność! :)
Komentarze