Poznań :)

Byłam w Poznaniu, tylko na 4 dni, ale zawsze tam chciałam pojechać. Zastanawiam się teraz, dlaczego? Może to naciskanie na wartość sentymentalną koziołków na wieży ratusza, którym byłam otoczona już od czasu podstawówki? W sumie Poznań jest miastem, które bardzo mi się spodobało. Mieszkałam blisko Starego Rynku, na ul. Wronieckiej. Walizkę było ciężko toczyć po tej kamiennej dróżce, ale na szczęście nie ja musiałam to robić ;) Tak, to z mojego pomysłu wybraliśmy się właśnie tam. Pozwiedzaliśmy mnóstwo miejsc, naprawdę wartych zobaczenia. Droga trwała około 7 godzin. Pociągiem oczywiście i pomimo tych narzekań na Polskie Koleje, byłam zadowolona, że spóźnił się na naszą stację docelową tylko kilkanaście minut :) Pogoda do podróży była idealna, bo ani nie padało (a wg prognoz miało lać!), ani nie było upałów, więc tak w sam raz. Przyznam się, że kocham jazdę pociągiem, stąd ten czas nie był dla mnie tak trudny do wytrzymania. W pierwszy dzień pochodziliśmy trochę i poznawaliśmy miasto, oczywiście pomalutku (mówiąc metaforycznie, bo w rzeczywistości gnaliśmy jak szaleni)odkrywaliśmy kolejne zakątki.
Drugiego dnia zobaczyliśmy Pałac w Rogalinie i Zamek w Kórniku. Pałac był czymś pięknym, do wszystkich zwiedzających dochodziły myśli, że jest większy nawet od Łańcuta, jednak, jak się okazało, wcale tak nie było. Odrestaurowany, czeka jedynie na wykończenie. Zamek w Kórniku nie zachwycił mnie aż tak. Po pierwsze - strasznie niemiła obstawa. Taaak, mówię obstawa, bo nie wiem jak to inaczej nazwać. Panie, które krzywo patrzą się na wszystkich i wyglądają, jakby musiały tu stać za darmo i uśmiechać się do ludzi, chociaż nawet nie próbowały wykrzywić twarzy na ten kształt... Nazwa też mnie strasznie zirytowała - Kórnik - nienawidzę błędów ortograficznych, a jak widzę takie nazwy to mi się śmiać chce :P
W trzeci dzień zostaliśmy w Poznaniu, ale nie można powiedzieć, że to było lenistwo. 6 godzin na przejście 6 wystaw muzealnych to wielkie osiągnięcie. Byłam też na tych słynnych Jeżycach, które były głównym miejscem akcji książek Małgorzaty Musierowicz. Pierwszą książką tej autorki, jaką przeczytałam była "Kłamczucha". Ciekawe dlaczego?
Ostatni dzień był dosyć pechowy. Nie dość, że nogi padały mi ze zmęczenia, to jeszcze miałam nastrój do bani. Podczas drogi powrotnej pociągiem siedział na przeciwko mnie całkiem przystojny, powiem, że nawet w moim stylu (brązowe oczy :D) facet/chłopak. W zasadzie nie wiem. Później dołączyła się jakaś grupa, zdaje mi się, Holendrów. Ogólnie to jestem bardzo zadowolona z wyjazdu, zwłaszcza, że polubiłam książki Terrego Prattcheta (jeśli zrobiłam błąd w nazwisku, przepraszam).
Zakochałam się w Dywanie :)
P. S. Za tydzień mijają już 3 miesiące :(
SweetPear

Komentarze