Ukryta pod ciepłym kocem, chowam się przed mrozem tego świata.
Pada śnieg, a ja, jak co roku, nie daję spokoju swojej wyobraźni (lub to ona nie daje spokoju mi?). Wczoraj czułam zapach świeżo upieczonej, ciepłej babki mojej mamy. Unosił się w powietrzu jak lekka mgiełka i pobudzał moje receptory smakowe. Niestety, był to fałszywy alarm, bo żadnego ciasta w naszym domu nie pieczono, ale mimo to skosztowałam (zakupionego)orzechowego. Ono zaś przywiodło mi na myśl pysznego i słodkiego chałwowca. Odchodząc od tematu, zastanawiam się, dlaczego nie można już kupić u nas w sklepie donutów polanych czekoladą i posypanych kawałkami orzechów? Bardzo mi smakowały i to chyba były najtańsze poprawiacze nastroju, jakie kiedykolwiek znalazłam (cena wynosiła 1,60 zł lub około tego). Nie, w sumie są inne, za które się jeszcze mniej płaci, ale nie poprawiają aż tak humoru i czasem wprowadzają w zbyt refleksyjny nastrój. Mowa o nieśmiertelnych "ciutach" (ok. 24 zł za kg), czyli malutkich cukiereczkach kupowanych mi przez zmarłego już dziadka, od którego przed lotem samolotem (ciekawe brzmienie :))dostałam pluszowego króliczka/zajączka (jest to zajączek, ale zwykle mówiłam króliczek)ochrzczonego przeze mnie jako Pysio. Siedzi sobie teraz na biurku z wyciągniętymi kończynami w moim kierunku i patrzy swoimi czarnymi oczami, będącymi odrobinę zbyt blisko siebie, ale właśnie to dodaje mu uroku. Oczywiście pluszak, nie dziadek. Ten drugi już od prawie 8 lat leży pod ziemią. Na dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem odszedł, a na wspomnienie jego pozostało mi niewiele materialnych rzeczy: pierścień, który nosił, pastele olejne, pluszak Pysio i pianino. Podobno razem z babcią bardzo nas kochali. Niestety, jej już prawie wcale nie pamiętam. Zmarła ponad rok przed dziadkiem, a w mojej pamięci wiecznie pozostanie jako uśmiechnięta, szczupła staruszka, do której jestem najbardziej podobna zdaniem krewnych, znających ją. Wiem, że miała zawsze czysty dom, była uczynna, prowadziła sklep, a w czasie wojny, jako młoda dziewczyna musiała ciężko pracować. Czy dowiem się kiedyś czegoś więcej, czy ta księga historii została już zamknięta na klucz?
Nie rozwinęłam tematu pasteli olejnych. Zawsze, kiedy przyjeżdżaliśmy do nich, wyciągali z szafki ze szklanymi drzwiczkami dwa pudełka z małymi, kolorowymi kredkami i czyste kartki lub zeszyt. To był prosty sposób na zajęcie nas, ale też przy okazji rozwijanie twórczej pasji. Tak bardzo podobały mi się te pastele, że kiedyś zainspirowana jakimś filmem, zdjęciem, czy kreskówką, otrzymałam możliwość narysowania czegoś na szklanej płycie, znajdującej się w garażu. Tak powstała duża, czerwona (lub bordowa, nie pamiętam)róża, która bardzo się spodobała dziadkowi. Najbliższa rodzina długo o niej mówiła, a ja, kiedy byłam w odwiedziny u nich, sprawdzałam, czy róża jeszcze tam jest. Była oparta o ścianę garażu i, choć wystawiona na wszelkie warunki pogodowe, nie starła się. Była ciągle tak świeża jak w dniu, w którym ją narysowałam. Miłe wspomnienie. Na każdą myśl o dzieciństwie wszystkie moje troski się ulatniają.
To była taka dygresja związana z nadchodzącymi Zaduszkami i amełykańskim Helołin, które tak do końca wcale z Ameryki nie pochodzi. Teraz czas na zimę za oknem i zmartwienia, co do kozaków, kurtek zimowych, czapek, szalików i rękawiczek, które trzeba będzie eksploatować. "Let it snow, let it snow, let it snow". Niedługo trzeba będzie zacząć ćwiczyć kolędy i zimowe piosenki. Brrr... Aż mi się chłodno zrobiło. Tak, jakbym dostała śnieżną kulką lub została wrzucona do śniegowej zaspy. Na szczęście mam przy sobie gorący rosół, który ogrzeje mnie jeszcze lepiej niż letnie słońce w Hiszpanii, a gdyby tak nie było, wciąż pozostaje możliwość okrycia się ciepłym kocem.
SweetPear
Komentarze