Niedzielny dzień

Przez dwa tygodnie pisanie dziennika szło mi świetnie, ale dzisiaj musiałam nadrabiać kilka dni. Od środy nie miałam siły, czasu, ani humoru, żeby uzupełniać go na bieżąco. Przez cały tydzień byłam strasznie zmęczona i nie mogłam się porządnie wyspać. Być może powodem tego była choroba, która wczoraj dopadła mnie na dobre lub odwrotnie - zmęczenie wywołało chorobę. Jutro konkurs, a ja nadal nie wiem, czy na niego pojadę. Chciałabym. Bardzo.

Moje marzenie się spełniło. Teraz czytam "Z polszczyzną za pan brat" A. Cegieły i A. Markowskiego. Czeka mnie dużo pracy. Szkoda byłoby zmarnować taką szansę. Nie mam nastroju na moje pseudofilozoficzne wywody. Po raz kolejny dzisiaj mierzę temperaturę. Leki pomagają. W sumie niczego mi nie brakuje. Niedawno zaczęłam czwarty sezon "Przyjaciół". Nie mogłam dzisiaj pojechać na imieniny babci i bardzo źle się z tym czuję.

Chyba nic szczególnego się u mnie nie dzieje. Jest tak bardzo normatywnie. Normalnie. Czeka mnie uzupełnianie stu stron. Przydałoby się zrobić zdjęcia. Wciąż myślę nad prezentem i chyba mam już koncepcję. Potrzebuję dużej ilości snu.

Cieszę się, że w końcu byłam na weselu i mogłam zobaczyć jak to wszystko wygląda. Było super. Moje stopy nie mogły mi wybaczyć dobrej zabawy i za wszelką cenę próbowały mnie przekonać, że starczy już na dzisiaj. Nie dałam za wygraną. Jakie marzenia jeszcze mi pozostały?

Coś nie czuję tego dojrzewania.

Kartie

Komentarze