O trudzie i łatwościach, a raczej o szczęściu, marzeniach i wysiłku, który trzeba włożyć, aby je wywołać

Ta "dorosłość" jest trudna. Znowu kolejna decyzja do podjęcia. Jakby tego nie było dość, jeszcze trzeba słuchać tego, co mówią inni. Nie tak, że zwykle nie słuchałam, wręcz przeciwnie, ale świadomość, iż teraz jest to mój obowiązek, jest dość przytłaczająca. Czy zrobiłam wszystko dobrze? Pewnie, że nie. Czy dałam z siebie wszystko? Chciałabym. Czy dałam z siebie wszystko, na co było mnie stać? Oczywiście, że tak. Mogłam tylko bardziej przyłożyć się do dodatkowych rzeczy i przeczytać więcej książek, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Miejsce w "ważniejszych" bezkonkurencyjnie wygrywa odpoczynek. W tym roku zszedł na dalszy plan, ale, tak jak w zeszłym, starałam się zbilansować swój czas. Teraz było ciężko. Gorzej niż ostatnio. Weekendy pozajmowane, mnóstwo nerwów, mało czasu dla siebie, dużo mniej muzyki. Przynajmniej potrafiłam odważyć się na występ i chyba nie zawaliłam przez to niczego szczególnego.

Moje marzenia się spełniają. Powoli, ale jestem coraz bliżej ich realizacji. Zastanawiam się, czy naprawdę czeka mnie aż tyle pracy, ile jest zapowiedziane. Jestem na to w pełni gotowa, ale gdzieś w środku odzywa się we mnie malutka leniwa cząstka, która ostatnio "pakowała" i ma mnóstwo siły na forsowanie swojego zdania. Z tego powodu muszę zacząć dbać o swoją ogólną formę i nie pozwalać niczemu przewyższać niczego. Z tylko jednym DUŻYM wyjątkiem :P

Mam wielkie szczęście. Staram się je doceniać. Nie chcę siebie samej zawieść. Będzie jeszcze lepiej.

Na pytanie gdzie jestem
odpowiadam tu
pokazuję prostym gestem
i nie liczę słów

Mogłabym mówić wtedy
kiedy miałam czas
brakowało ciszy kiedy
nie było już was


Kartie

Komentarze

Powodzenia pisze…
The three grand essentials of happiness are: Something to do, someone to love, and something to hope for.
Alexander Chalmers

Głupiec który bał się przemówić.
K pisze…
Dziękuję, piękne słowa :) nie ma ludzi głupich, chyba że ja ;)

Ale przyznam, że bardzo zaintrygował mnie ten "głupiec".
Anonimowy pisze…
ej.
nie oceniaj ludzi po gabarytach :P bo stanę na drabinie i Was przewyższę :D
K pisze…
A pamiętasz drabinę jako metaforę miłości? Im wyżej wychodzisz, tym bardziej boli upadek :P
Głupiec pisze…
Nie było to o nim, nie było o Tobie :)
K pisze…
W takim razie - o kim?
Głupiec pisze…
O mnie :)
K pisze…
Już nie wiem, o czym mówisz :)
Głupiec pisze…
Trudno, powodzenia :)
K pisze…
hmm... cytowałeś Alexandra, a czym dla Ciebie jest szczęście?
Anonimowy pisze…
hahaha :D
sugerujesz że jednak lepiej jest być tą maluteńką? :P

z drugiej strony... przypomnijmy sobie góry, mogą być tamte - im wyżej byłaś tym cudniejszy widok ;) może warto zaryzykować :)
K pisze…
Oczywiście, że lepiej - wszyscy się o taką troszczą :P

Ale jak wyjdziesz na szczyt, nie będziesz już miała dokąd iść i w każdym momencie możesz się poślizgnąć i spaść z powrotem na dół, a przy okazji trochę się poobijać :) teraz kwestia tego, na czym zależy nam najbardziej.
Anonimowy pisze…
może w takim momencie powinno się siąść na tyłeczku i cieszyć się życiem bez myślenia "co jest za tamtą górą"? taka forma pogodzenia się z czymś. Może ograniczoną naturą człowieka. A jak spadniesz w dół i wiesz, że było warto, to wrócisz na szczyt :) a obijanie się czegoś Cię nauczy, nie zawsze to będzie przyjemna nauka, ale cóż...

I właśnie, co jest ważniejsze? Osiągać coraz to więcej szczytów czy doceniać widoki? :)
K pisze…
A jeśli okaże się, że nie można wrócić na szczyt, choćby nie wiem jak bardzo by się chciało? Czeka nas wieczna tęsknota i niezadowolenie, jedynie raczenie się namiastką tamtego widoku w postaci pagórków :)

Znaleźć jeden szczyt, z którego nie będzie chciało już się schodzić :)
Anonimowy pisze…
czyli doceniać widoki :D

a może się spadło, bo to nie o ten szczyt chodziło? i trzeba się za innym rozejrzeć?
K pisze…
Co jeśli wyszliśmy na wszystkie możliwe szczyty i żaden nie wydaje nam się odpowiedni? Co jeśli porzucamy wspinaczkę?
Anonimowy pisze…
Wszystkie możliwe? Da się? ;)
a porzucenie wspinaczki to trochę zrezygnowanie. Pogodzenie się z widokiem wyżyn lub nizin. No i teraz działa zasada "zależy od przypadku" ;) czasem to może dać szczęście, czasem po prostu czegoś oszczędzić... a czasem jest to największy błąd w życiu :) i tutaj idealnie mi pasuje tytuł notki - o trudzie i łatwościach... ;)
K pisze…
Da się - jeśli wybierzemy jeden i przez to odetniemy sobie drogę do reszty, bo tamta trasa to przepaść, z której nie da się tak po prostu zejść :)
Zawsze można zostać na dłużej w miejscu, w którym się jest (mam nadzieję, że zrozumiesz ;) ) ale to stereotypowe uciekanie się do radykalnych środków
Anonimowy pisze…
:D

weszłaś, zejdziesz. może będziesz potrzebować czyjejś pomocy, ale zazwyczaj ma się na kogo liczyć ;)

hmmm. "lepsze zło znane..."?
K pisze…
Ale żeby zejść musisz się wtedy uczepić jakiejś liny. Kto ją potem ściągnie?
Anonimowy pisze…
po co ją ściągać? :)
Głupiec pisze…
Z definicją Alexandra, jeżeli można tak nazwać jego słowa, częściowo się zgadzam, ale nie jest ona pełna. Szczęście odczuwam, gdy wiem że jest dobrze :). Kiedy siedzę na ławce, patrzę na słońce i cieszę się dniem :), kiedy długotrwałe starania przynoszą efekt, kiedy widzę piękno. Wówczas żaden z warunków Alexandra nie musi być spełniony :). A głupcem jestem bo wolę rzeczy stałe i działam tylko wtedy, gdy jestem pewny efektu.
Anonimowy pisze…
Chyba już nigdy nie będzie lepiej... :)

tak mi się skojarzyło ze szczytami etc. :)
K pisze…
Jak w "Oranżadzie" :)
Czy czasem nie warto poeksperymentować? A jeśli odkryłbyś kolejną stałą, mimo że nie byłeś pewny efektu? Może nie jestem odpowiednią osobą do udzielania tego typu rad - lubię zmiany i nowości, ale zawsze boję się zrobić ten pierwszy krok, jednak zapewniam, że warto spróbować :)

A siedzenie na ławce jest super (nie aż tak jak tramwaje :D) Doceniam je nawet w samotności. Można wielu interesujących ludzi zobaczyć i trochę odizolować się od reszty, ciągle trwając w społeczeństwie :)
Głupiec pisze…
Właśnie do Oranżady nawiązałem :)
Z pewnością warto poeksperymentować, jak dotąd jestem zadowolony praktycznie ze wszystkich nowych stałych :). Nie jest to jednak takie proste jak mogło by się wydawać. Pierwszy krok jest zawsze najtrudniejszy, bo po nim prędzej czy później rozpocznie się łańcuch nieuniknionych zdarzeń :). Często jest zbyt wiele zmiennych i pod uwagę trzeba brać też inne osoby, ich uczucia. Najlepiej byłoby móc wrócić do ostatniego dobrego i działającego stanu, ale niestety to tak nie działa. Stąd w ostatecznym rozrachunku zazwyczaj powstrzymuję się od kierowanego emocjami działania bo nie wyobrażam sobie normalnej rozmowy z pewnymi ludźmi po eksperymentalnym i nieudanym działaniu, szczególnie z ludźmi na których mi zależy.
Dobranoc :)
K pisze…
Cieszę się, że rozpoznałam.
Zawsze można spróbować ten łańcuch przerwać :)
Wydajesz się być strasznie delikatny. Chciałabym z Tobą więcej porozmawiać, bo jednak forma komentarzy tutaj nie jest zbyt wygodna :)
Ten dobry stan - checkpoint? Ale wtedy życie byłoby nudne i nie moglibyśmy w żaden sposób uczyć się na błędach. Nie żałowalibyśmy żadnej decyzji, bo przecież każdą można odwołać. Może w pojedynczych przypadkach to byłoby świetne, ale taka moc w każdej sytuacji?
Wiem z własnego doświadczenia, że czasem może coś mimo eksperymentów normalnego z nich wyniknąć. Ale chyba miło z Twojej strony :)
Dobranoc :)
Głupiec pisze…
elendil.tar [at] gmail.com
Miłego dnia życzę :)