Zrozummy!
Znowu uciekam od problemów. Czy jestem zdolny skupić się na tym, co rzeczywiście może być istotne? Uprzednie plany odrywają się ode mnie jak pijawki po nasyceniu się odpowiednią ilością krwi. Zbliża się czas, w którym trzeba będzie podjąć pewną decyzję. Ściśle rzecz biorąc, powinienem powiedzieć, że jakąś ilość decyzji, jednakże w ostatecznym rozrachunku będą się one sprowadzały do jednego wyniku. Czy chcę być tym sędzią, który orzeknie, która ze stron przegrywa? Surowym tonem odpowiem na wszelkie zarzuty. To ja znajduję się na górze i czekam. Wypatruję okoliczności łagodzących, kolejnych wątków. Wszystko po to, aby móc przedłużyć proces. Nie siły włożone w jego utrzymanie będą niszczące dla stron sporu. Jedyne co może sprawić, że doprowadzą się do stanu, w którym będą pragnęli odwrotności i zrobią wszystko, aby uciec od tego, co jednak będzie nieuniknione, to wyrok. Nie mogę dopuścić do sytuacji, żeby przerwali tę grę. Zapewniam, że uczynię to, co jest konieczne. Nie ma w tym romantycznego poświęcenia. Mam zupełnie racjonalne podejście do sprawy gwarantujące sukces, a przynajmniej najwyższe prawdopodobieństwo jego uzyskania. Niestety, są szanse, że mi się nie powiedzie. Też jestem w to wplątany i utknąłem, robiąc nieumyślnie pierwszy krok. Biorę na siebie konsekwencje własnych decyzji. To moja recepta na czystość umysłu - nie wyrzucam sobie błędnych wyborów, zastanawiając się, jak mogłem postąpić lepiej, co robiłbym teraz, gdybym skłonił się ku tamtemu pomysłowi albo czy dzięki temu spełniłyby się moje marzenia. Czas upływa i to on jest głównym czynnikiem działającym na moją niekorzyść. Gdybym tylko miał go więcej i mógł nim manipulować wedle moich potrzeb, nie miałbym żadnego problemu z przekierowaniem obrotu spraw na taki tor, że zapętliłyby się, umożliwiając mi upragniony odwrót.
Dobrze, to nie jest wycofanie się; biała flaga; sygnał, że nie chcę mieć już nigdy z tym nic do czynienia. W gruncie rzeczy dobrze wiem, czego chcę. Każdy, kto nie potrafi przyjąć tego do wiadomości, skazany będzie na długą batalię ze swoimi przekonaniami a kreowaną przeze mnie rzeczywistością. Wiem, jaki mam wpływ na ludzi. Przypuszczam, że dlatego zdecydowałem się wejść nieproszony w tę dyskusję, wymianę wrażeń. Tak już zostało. Ani się spostrzegłem, kiedy stałem się tym, który powstrzymuje jej dalszy przebieg. Dostrzegłem w moim położeniu siłę, jakiej jeszcze nigdy nie posiadałem. Wyznaję zasadę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Nie próbowałem jednak dochodzić, jaka ona była tym razem. Nie ingeruję w tę relację. Ja tylko śledzę każdy krok. Oceniam poszczególne wydarzenia, próbując dojść do jednoznacznych wniosków. Bez wsparcia, choć jest mi ono potrzebne. Zostałem sam na tym polu bitwy, na którym niejeden zdążył już zginąć. Nie chciałbym być następny. I nie będę. Mam pewność, że w tej walce nic nie stanowi dla mnie zagrożenia. Jestem na górze. Współistnieję z każdym z nich. Zwykle osobno, lecz coraz częściej razem. Nie ufam tej zgodności i węszę w niej podstęp. Żadne nie wpuści konia trojańskiego przez swoje bramy. Wiedzą, że to zbyt ryzykowne. W pewnym momencie zdarzy się jednak to, o czym cały czas mówię. Nastąpi zderzenie międzyplanetarne. To ja rozsądzę. To ja wydam wreszcie ten wyczekiwany wyrok. To ja podejmę tę ostateczną decyzję. Są dwie możliwości, kiedy już skończy się czas:
Jak zachować się, kiedy już zostaniemy doprowadzeni do ostateczności?
Melancholia, Lars von Trier
Dobrze, to nie jest wycofanie się; biała flaga; sygnał, że nie chcę mieć już nigdy z tym nic do czynienia. W gruncie rzeczy dobrze wiem, czego chcę. Każdy, kto nie potrafi przyjąć tego do wiadomości, skazany będzie na długą batalię ze swoimi przekonaniami a kreowaną przeze mnie rzeczywistością. Wiem, jaki mam wpływ na ludzi. Przypuszczam, że dlatego zdecydowałem się wejść nieproszony w tę dyskusję, wymianę wrażeń. Tak już zostało. Ani się spostrzegłem, kiedy stałem się tym, który powstrzymuje jej dalszy przebieg. Dostrzegłem w moim położeniu siłę, jakiej jeszcze nigdy nie posiadałem. Wyznaję zasadę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Nie próbowałem jednak dochodzić, jaka ona była tym razem. Nie ingeruję w tę relację. Ja tylko śledzę każdy krok. Oceniam poszczególne wydarzenia, próbując dojść do jednoznacznych wniosków. Bez wsparcia, choć jest mi ono potrzebne. Zostałem sam na tym polu bitwy, na którym niejeden zdążył już zginąć. Nie chciałbym być następny. I nie będę. Mam pewność, że w tej walce nic nie stanowi dla mnie zagrożenia. Jestem na górze. Współistnieję z każdym z nich. Zwykle osobno, lecz coraz częściej razem. Nie ufam tej zgodności i węszę w niej podstęp. Żadne nie wpuści konia trojańskiego przez swoje bramy. Wiedzą, że to zbyt ryzykowne. W pewnym momencie zdarzy się jednak to, o czym cały czas mówię. Nastąpi zderzenie międzyplanetarne. To ja rozsądzę. To ja wydam wreszcie ten wyczekiwany wyrok. To ja podejmę tę ostateczną decyzję. Są dwie możliwości, kiedy już skończy się czas:
połączą się albo znikną na zawsze.
Jak zachować się, kiedy już zostaniemy doprowadzeni do ostateczności?
Melancholia, Lars von Trier
Komentarze