Ludzie-Ego, ludzie-Ja?
"Nie staraj się zmienić, bo nie zmienisz się. A dlatego nie zmienisz się, bo nie możesz zmienić się. A dlatego nie możesz zmienić się, bo naprawdę to nie ma w całym tobie (i nie może być)tej intencji, żeby radykalnie od samych korzeni zmienić się. Ta chęć zmiany twojego życia, która pojawia się od czasu do czasu w jednej z twoich myśli, jako jedna z twoich myśli (nigdy wtedy, kiedy jest ci dobrze, zauważ to, a tylko wtedy, tylko niekiedy wtedy, kiedy jest ci źle, kiedy cierpisz)nie ma nic wspólnego z tym, co można by nazwać intencją zmiany radykalnej; zmiana nieradykalna nie jest żadną zmianą, to tylko zmiana wystroju, dekoracji, przestawienie mebli w tym samym wnętrzu. Co znaczy zmiana?"
Edward Stachura "Fabula rasa. Z wypowiedzi rozproszonych"
Podobają mi się mieszkalne metafory. Czy ja naprawdę chcę związać z tym swoją przyszłość? Może to nie jest konieczne? Przecież równie dobrze nadawałabym się do innych zawodów! Naprawdę! Ale za każdym krok w krok idzie jakieś "ale". Gdyby tak na chwilę pomyśleć, zastanowić się, rozważyć... To i tak nie pomoże. Czy nie warto jednak próbować? Poświęcić się, coś swojego lub sobą i badać, analizować, rozpatrywać, odkrywać, poznawać - to byłoby rzeczą wielką. Kto jest do tego zdolny? Kto zdolny jest wyrzec się samego siebie, by poznać samego siebie? Kto czuje w tym swoje powołanie?
Odchodzę od tematu, a miało być o zmianach. Czy zmiany są dobre? Czy zmienianie zmian jest dobre? Moja opinia jest oczywista. Uważam, że są one nieodzowne w naszym życiu. Wyobrażam sobie, że wszystko miałoby pozostać takie, jakie jest, przez tysiąc lat i co? Straszna nuda, brak celu i monotonia. Nie lubię monofonii, zatem monotonia też odpada. Praktycznie wszystko "mono" jest trudne do zaakceptowania i wskazuje na jakąś normę, której trzeba się poddać, której trzeba czasu i siły, a nawet wyrzeczeń. Monogamia. Monoteizm. Dobrze, nie lubię tylko monotonii i monofonii. Reszta jest w porządku. Chyba. J. S. Bach byłby dumny, że chętniej wybieram jego inwencje, niż starożytne pieśni kozła.
Ja lubię wyrzeczenia.
W pewien sposób (dochodzę do paradoksu)mnie ograniczają i pokazują mi własną wartość - mogę być sobą mimo ram, potrafię sobie radzić mimo racjonowanych środków i żyję mimo trudu, które "wolne" życie przynosi. Pokrętna logika. Jak ulice we Włoszech. Czasami chciałabym się w jednej z nich zgubić. Stracić tożsamość i rozpocząć osobiste dywagacje od nowa. Aktualne mają zbyt długi przebieg. Za stary rocznik, którego wartość błyskawicznie spadła. Przekręcenie licznika nie da nic poza idealną iluzją. Może nieidealną, skoro mam świadomość, że to złudzenie?
Mówienie o ideałach mobilizuje i dołuje zarazem. Kiedy wierzyłam (nie powiem w co), myślałam, że nie ma takiej przeszkody, której bym nie ominęła. Wszystko wydawało się niczym i odwrotnie. Byłam silna samą wiarą. (Nie powiem co) samo w sobie nie miało takiego znaczenia, jak otoczka, którą budowałam wokół. Tak właśnie działa moja psychika. Zaraz... Czy ona w ogóle działa? Przydałby się gruntowny przegląd. Z remontem odczekam jakąś chwilę, na przykład z tysiąc lat. Przecież to śmiesznie krótki okres czasu, a i tak nie jesteśmy w stanie nic zaplanować. Po co te oczywiste-nieoczywiste nawiązania do literatury? Wygląda to tak, jakbym nie mogła niczego sama wymyślić. Schowam się zatem pod pierzyną śniegu, która przykryje mnie szybciej, niż dywan rozbite szkło, ale ja nie jestem rozbita.
SweetPear
Komentarze