O dziesięciu stronach, które znikąd się pojawiły
Już jest dobrze. Występuje w przestrzeni oswojonej. Słowa nie plączą się, nawiązuję kontakt z rzeczywistością i potrafię żyć, a przynajmniej tak sądzę, ale czasem warto się oszukiwać i uwierzyć w swoje własne możliwości. Zrozumiałam, że moja decyzja nie wzięła się znikąd. Jestem na tyle rozważna, żeby nie
bawić się emocjami innych (za swoje nie ręczę, gdyż takie eksperymenty wychodzą mi na dobre). Szukam celu - obiektu, który będę mogła wielbić, niczym kwiat, jak to było z bohaterem "Powieści o Róży" Wilhelma z Lorris. Niemożliwe?
Dlaczego tak bardzo lubię pisać? Bo trzeba się napracować. Najpierw stworzyć parę linijek tekstu. Przeczytać je. Zastanowić się, czy rzeczywiście mają sens i je skreślić, bo przecież to się "kupy nie trzyma" (a skoro mowa o kupach, to mam w zanadrzu niewiarygodną historyjkę), po czym ponownie do nich wrócić, gdyż wcale nie są tak bez sensu, jak się wydawało. Dopisać kolejny akapit i powtórzyć procedurę. Im więcej tekstu, tym więcej poprawek i elementów algorytmu. Można sobie w prosty sposób wyobrazić, ile czasu w takim razie zajmuje napisanie 10 stron a4. Koszmar, ale warty zachodu. Pisząc, poznaję samą siebie. Pisząc, uświadamiam sobie, ile tkwi we mnie niezużytej energii. Pisząc, dochodzę do wniosku, iż moja egzystencja przechodzi wzloty i upadki, lecz nie wolno zaprzestawać na tym. Pisząc, wiem, że się rozwijam.
Czasami zdarza mi się popaść w taką zadumę, iż litery same mi się układają w słowa, a wyrazy w kolejne zdania i tak powstają moje najpiękniejsze prace - ponieważ wyłączony jest mój rozum, do głosu w końcu dochodzą uczucia. Jestem wrażliwym człowiekiem. Wzruszam się niemiłosiernie. Niektórzy sądzą, iż jest to moja wada, lecz ja, doszukuję się w tym ostatnio źródła swojej siły. Ta wrażliwość jest moją tajną bronią, która sprawia, że jestem wyjątkowa. Najbardziej chciałabym uniknąć w swoim życiu bylejakości i obojętności. Nienawidzę momentów, w których jestem beznadziejnie bezstronna, kiedy mam już wszystkiego dość albo po prostu nie mogę się zdecydować.
Kusi mnie wizja bycia codziennie inną sobą. Myślę, że zbyt trudno jest mi zdefiniować jednolitą "mnie". Raz bardziej pomięta, to znowu odrobinkę zbyt znudzona, żeby powrócić do panicznej postaci, po której następuje optymistyczny nastrój. Interesujące jest, jak wiele form potrafi przybierać tak prosta jak moja dusza. Czy jestem w stanie stwierdzić, jaką sobą chcę być? Czy ja udaję? Myślę, że iluzja polega na oszustwie zmysłów. Jak to jest z uczuciami? Czy da się przechytrzyć serce? Powiesz mu: "dzisiaj zostajesz niewzruszone", a ono posłucha? Przecież to nie jest zwyczajny pupil, który zamerda ogonem ucieszony. Po co próbować tresury?
SweetPear
bawić się emocjami innych (za swoje nie ręczę, gdyż takie eksperymenty wychodzą mi na dobre). Szukam celu - obiektu, który będę mogła wielbić, niczym kwiat, jak to było z bohaterem "Powieści o Róży" Wilhelma z Lorris. Niemożliwe?
Dlaczego tak bardzo lubię pisać? Bo trzeba się napracować. Najpierw stworzyć parę linijek tekstu. Przeczytać je. Zastanowić się, czy rzeczywiście mają sens i je skreślić, bo przecież to się "kupy nie trzyma" (a skoro mowa o kupach, to mam w zanadrzu niewiarygodną historyjkę), po czym ponownie do nich wrócić, gdyż wcale nie są tak bez sensu, jak się wydawało. Dopisać kolejny akapit i powtórzyć procedurę. Im więcej tekstu, tym więcej poprawek i elementów algorytmu. Można sobie w prosty sposób wyobrazić, ile czasu w takim razie zajmuje napisanie 10 stron a4. Koszmar, ale warty zachodu. Pisząc, poznaję samą siebie. Pisząc, uświadamiam sobie, ile tkwi we mnie niezużytej energii. Pisząc, dochodzę do wniosku, iż moja egzystencja przechodzi wzloty i upadki, lecz nie wolno zaprzestawać na tym. Pisząc, wiem, że się rozwijam.
Czasami zdarza mi się popaść w taką zadumę, iż litery same mi się układają w słowa, a wyrazy w kolejne zdania i tak powstają moje najpiękniejsze prace - ponieważ wyłączony jest mój rozum, do głosu w końcu dochodzą uczucia. Jestem wrażliwym człowiekiem. Wzruszam się niemiłosiernie. Niektórzy sądzą, iż jest to moja wada, lecz ja, doszukuję się w tym ostatnio źródła swojej siły. Ta wrażliwość jest moją tajną bronią, która sprawia, że jestem wyjątkowa. Najbardziej chciałabym uniknąć w swoim życiu bylejakości i obojętności. Nienawidzę momentów, w których jestem beznadziejnie bezstronna, kiedy mam już wszystkiego dość albo po prostu nie mogę się zdecydować.
Kusi mnie wizja bycia codziennie inną sobą. Myślę, że zbyt trudno jest mi zdefiniować jednolitą "mnie". Raz bardziej pomięta, to znowu odrobinkę zbyt znudzona, żeby powrócić do panicznej postaci, po której następuje optymistyczny nastrój. Interesujące jest, jak wiele form potrafi przybierać tak prosta jak moja dusza. Czy jestem w stanie stwierdzić, jaką sobą chcę być? Czy ja udaję? Myślę, że iluzja polega na oszustwie zmysłów. Jak to jest z uczuciami? Czy da się przechytrzyć serce? Powiesz mu: "dzisiaj zostajesz niewzruszone", a ono posłucha? Przecież to nie jest zwyczajny pupil, który zamerda ogonem ucieszony. Po co próbować tresury?
SweetPear
Komentarze