Bułgarski sen

Ach, wróciłam, chociaż chciałabym zostać tam jak najdłużej, zwłaszcza przez wzgląd na jedną osobę, którą naprawdę, naprawdę polubiłam. Jak zwykle głupio mi, że najpierw byłam wystraszona i zniechęcona, a później okazało się, iż nie było ku temu żadnych powodów. Jedynym plusem tych moich uczuć jest to, że nie przeszkadzają mi na tyle, żebym miała rezygnować z planów i jednak przekonuję się do tego, aby zrobić coś wbrew sobie, bo "przecież może okazać się fajnie" (i zwykle okazuje, ale najpierw nie mogę w to uwierzyć).

Dzisiejszy wpis będzie trochę relacją z wyjazdu, trochę spisem rzeczy, które zrobiłam po raz pierwszy, a trochę okazją do wyżalenia się.

Otóż, teraz otwarcie mogę powiedzieć, że pojechałam do Bułgarii, gdzie było cudownie, przepięknie, komercyjnie, ale przeżyłam tam niezapomniane chwile, o czym zaraz bardziej szczegółowo opowiem. Leciałam samolotem i muszę przyznać, że z katastrofą lotniczą od razu się pogodziłam, ale bardziej martwiło mnie prawdopodobieństwo ataku terrorystycznego - bo przecież jak się rozbijemy, to w sumie marne szanse, że przeżyjemy, więc będzie nam już to obojętne (naszym bliskim mniej, ale jakoś sobie poradzą), jednak jeśli napadną nas jacyś niewyżyci, pragnący zemsty i rozgłosu agresorzy, to nie wiadomo, jaki będzie nasz los - zostaniemy wystrzeleni od razu czy każą nam robić różne dziwne rzeczy? Na szczęście te niedorzeczne myśli przeszły mi po paru godzinach zastanawiania się, więc lot miałam całkowicie spokojny (psychicznie, bo w praktyce były podobno lekkie turbulencje).
Kiedy dolecieliśmy do Burgas, czekała nas kontrola paszportów i mogliśmy po tym udać się do dwóch autokarów (przydzielono mnie do tego z numerem 7 - przypadek? nie sądzę :P). Jechaliśmy mniej więcej pół godziny, ale przeminęło prawie błyskawicznie. Nie pamiętam dokładnie pierwszego dnia, wszystko tak szybko się działo. Wypakowanie, oglądanie, plaża, deszcz. Z początku byłam zmartwiona, że będę tylko podpierać ściany przez cały obóz, ale na szczęście tak się nie stało, bo muszę się pochwalić, że pierwszy raz:
- poszłam na prawdziwą dyskotekę (klub Lazur - dwa razy!),
- byłam na obozie, gdzie był taki rygor,
- tańczyłam z Brazylijczykiem (ach, Louis, który nie palił, był przystojny i grał w piłkę nożną),
- udało mi się zatańczyć (dwa razy!) z Jaronem z Izraela, którego spotkałam na dyskotece właśnie w jego pierwszy, a później ostatni dzień (pamiętał mnie, a ja jego - przeznaczenie? :D),
- ktoś powiedział, że jestem sexy,
- rozmawiałam z Bułgarem,
- grałam w piłkę nożną z kelnerami,
- zdarłam sobie skórę ze stopy, tańcząc flashmoba boso na chodniku,
- kibicowałam Polsce w meczu Polska - Bułgaria, kiedy byłam w Bułgarii,
- spotkałam kogoś, kto przypomina i ma głos jak niedźwiedź,
- jadłam przez parę dni z rzędu jajecznicę,
- spróbowałam chłodnika z ogórków (miał jakąś śmieszną nazwę, której niestety nie zapamiętałam) i smakował jak kwaśna mizeria,
- ktoś tak bardzo mi się spodobał (a ja jemu :( ),
- poznałam człowieka, który potrafi zrobić minę z mema "Bitch, please" (i wygląda niemalże identycznie),
- tak dobrze się z kimś obcym dogadywałam,
- czułam, że naprawdę umiem porozumiewać się po angielsku,
- piłam tak okropne soki, które zostawiały osad na zębach,
- miałam w pokoju zepsuty zamek, który przez przypadek, w jakiś magiczny sposób naprawiłam,
- skakałam ze statku,
- byłam w Aquaparku,
- tyle się śmiałam przy jedzeniu,
- tak bardzo chciałam z kimś zatańczyć,
- miałam tak wysoką samoocenę,
- zrobiono mi zdjęcie iPhonem,
- miałam zabandażowaną kończynę (nie dla ćwiczeń),
- tak bardzo chciałam zostać, nie wyjeżdżać,
- nie udało mi się nic a nic utargować, pomimo najpiękniejszego uśmiechu, na jaki było mnie stać i usilnych prób,
- piłam z plastikowego kubka nie używając do tego rąk (wiadomo, jak się to skończyło),
- próbowałam żonglować jedną ręką,
- zabiłam gigantycznego świerszcza,
- rozmawiałam z Rosjaninem,
- usłyszałam, że słodko mówię "relationship",
- ktoś tyle razy mówił mi, że bardzo chce mnie pocałować, ale tego nie zrobi,
- nie byłam tylko "siostrą Banana", haha,
- miałam pomalowaną twarz na barwy Polski (jako dowód pokażę moje ulubione zdjęcie):

- uczyłam się Bułgarskiego,
- nie zdążyłam się pożegnać :(

Tym ostatnim zakończę tę listę. Było mi strasznie smutno, ale powstrzymałam łzy. Pomogły mi w tym myśli, które ciągle nasuwały zabawne momenty, jak chwile, kiedy filiżanka upadła, moje "relationship" i reakcja na to, i stwierdzenie, że uśmiecham się cały czas, a jak będę zła i zacznę na kogoś krzyczeć, to też z takim szerokim suszeniem zębów. Polska przegrała, ale było niesamowicie. Słoneczny Brzeg to naprawdę strasznie komercyjne miejsce i normalnie by mnie to irytowało, ale tam było coś takiego, co nie pozwalało mi być złą. Po prostu wczułam się w klimat i nic nie było w stanie mnie zdenerwować. Nawet nadgorliwa opiekunka. Było idealnie, dlatego tak bardzo chciałam zostać.

Najbardziej żałuję, że nie miałam okazji się pożegnać. Czuję się przygnębiona i szczęśliwa zarazem, kiedy przypominam sobie przedwczorajszą rozmowę. To było tak słodkie i przykre jednocześnie, że nie jestem pewna, jak powinnam była zareagować. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś uda mi się przeżyć coś takiego. Mam nadzieję, że pewnego dnia spotkam ponownie Sachę (napakowany), Valenitna (słodki barman), Lubo (dzieciak), Dancho (niedźwiedź), Andre (8-letni chłopczyk), Bożydara (ten od nogi) i oczywiście Stanimira (nie wymaga komentarza). Bardzo za nimi tęsknię. Ja też nienawidzę się żegnać.

Kartie

Komentarze