Czerwona sukienka


W tamtych dniach siłę dawało mi wiele rzeczy, ale jeszcze więcej odbierało mi nadzieję. Było jednak coś, co pozwalało na prowadzenie w miarę przyzwoitego życia i kontynuowanie go mimo ciągle zmieniającego się stanu psychicznego. Dzięki tamtemu przedmiotowi udało mi się przetrwać wszystkie koleje losu i pokonać przeszkody, które ciągle uniemożliwiały mi dokonanie czegoś wzniosłego i wielkiego. Czułam się, jakby jakieś fatum decydowało za mnie, jak powinno potoczyć się moje życie. Jakby ktoś ciągle mnie śledził i nie pozwalał zrobić żadnego kroku bez złośliwych uwag ani prześmiewczych spojrzeń. Wtedy nie dawało mi spokoju ciągłe uczucie osaczenia. Chciałam uciec. Szukałam skutecznego sposobu. Przeglądnęłam tysiące egzemplarzy różnego rodzaju poradników, które miały pomóc mi uwolnić się od tego świata. Nic nie pomogły. Wprowadziły mnie tylko w nostalgiczny stan, kiedy to moim największym pragnieniem było odejście bez pożegnania i rozpoczęcie życia na nowo. Po wielu latach udało mi się odsunąć od siebie destrukcyjne myśli, ale, gdyby nie dzień, w którym zakupiłam ten przedmiot, najpewniej nie byłoby mnie tu, gdzie teraz jestem. Zrobiłam przerwę w pisaniu. Odłożyłam pióro i potarłam zbolałe dłonie. Wstałam z miejsca. Zerknęłam na ścianę, a później skierowałam się w stronę malutkiego okienka, przez które nieśmiało do pomieszczenia docierały blade promienie światła.
Kiedy miałam dziewięć lat i bawiłam się ze znajomymi w chowanego, byłam niezawodna w szukaniu doskonałych kryjówek. Pewnego dnia miałam jednak pecha i okazało się, że na drzewie, na którym chciałam się schować, osy założyły sobie gniazdo. Nie zauważyłam tego wcześniej, bo kątem oka dostrzegłam biegnącego za mną kolegę i próbowałam mu uciec. Wiedziałam, że nie potrafi się wspinać, dlatego szybko wdrapałam się na drzewo, lecz przez nieuwagę strąciłam misterną konstrukcję stworzoną przez osy. Zaniepokojona wychyliłam się w dół, żeby sprawdzić, czy mój znajomy nie ucierpiał. Nic mu się nie stało, ale to ja byłam w tarapatach, ponieważ poślizgnęłam się na konarze, a nie byłam na tyle zwinna, żeby w porę zdążyć złapać się jakiejś gałęzi. Zaczęłam spadać. Czułam, jakby mijały minuty, a to przecież trwało tylko kilka sekund. Zderzenia z ziemią nie pamiętam. Obudziłam się koło tego chłopca, zgodnie z tym co mówił, pół godziny później z bolesnym śladem po użądleniu przez osę. Przykładał do mojego ramienia babkę, ponieważ w tamtym czasie wśród wszystkich dzieci panował mit, że leczy ona wszystkie urazy i uśmierza ból. Nie wiem, czy rzeczywiście to działało, ale wtedy miałam wrażenie, że nic mi się nie stało. Podniosłam się, otarłam dłonie z piasku, chwyciłam chłopca za rękę i żadna gra już się nie toczyła. Pokazałam mu miejsce, w którym chowam się, gdy uciekam z domu, a on uśmiechnął się, zdjął pasiasty szalik z szyi i schował go pod dużym kamieniem. Od tamtego czasu staliśmy się przyjaciółmi. Kłóciliśmy się jak stare dobre małżeństwo.
Wszystko zmieniło się w dniu, w którym zakupiłam czerwoną sukienkę. Był piątek. Mój drogi przyjaciel miał wrócić za tydzień, a ja bez przerwy przygotowywałam się na jego powitanie. Nie widziałam go od ponad dwóch lat, ponieważ wyjechał do Norwegii. Robiłam się nerwowa na każde wspomnienie o nim. Jeśli możliwa jest relacja pomiędzy ludźmi działająca tak samo, jak dzieje się to w przypadku mikoryzy, to istniała właśnie między nami. Tego ranka obudził mnie klucz zgrzytający w zamku. Moja starsza sąsiadka była już schorowana i przy każdej, nawet najdrobniejszej czynności ręce trzęsły jej się co najmniej tak, jak gdyby właśnie skończyła używać miksera do ciasta, skacząc na trampolinie. Nie byłaby w stanie tego zrobić, co tylko potęgowało wrażenie jej nieudolności. Z przymrużonymi oczami chciałam wstać, ale przypomniałam sobie, że zostawiłam przy łóżku krzesło, które miało powstrzymywać mnie przed nocnymi spacerami podczas lunatykowania. Odsunęłam je, założyłam pantofle i przeczesałam ręką włosy. Sąsiadka wciąż nie mogła poradzić sobie z zamkiem.
- Ktoś na pewno ukradł mi klucze! – usłyszałam zrzędzenie. – A może do domu włamali mi się złodzieje i zablokowali dziurkę czymś od środka? O, nie! Moje wszystkie oszczędności z szuflady…  Byle tylko nie zaglądali pod łóżko! – lamentowała, jak gdyby nie zdając sobie sprawy z siły swojego głosu.
Poczułam, że mam dość jej stękania. Odsunęłam rygiel i wychynęłam zza drzwi.
- Proszę pani… - powiedziałam zachrypniętym, jeszcze nierozbudzonym głosem.
- Czego znowu chcesz? – warknęła. Odwróciła się w moją stronę i zlustrowała od góry do dołu. – To pewnie ty! Co zrobiłaś z moim mieszkaniem? Mów natychmiast, bo zadzwonię na policję!
- Czy mogę? – zapytałam, robiąc krok w jej stronę. Zawsze dziwiłam się, jak to możliwe, że starucha ma tyle siły do krzyku, podczas gdy ledwo porusza kończynami.
- Jeśli mnie napadniesz, zacznę krzyczeć! – zaskrzeczała, ale w jej głosie zabrakło tej pewności, którą zawsze jest nasycony.
Widziałam nieźle ukrywany strach w jej oczach. Bała się mnie. Wzięłam klucze, nie dotykając jej dłoni, którą z resztą szybko usunęła, i bez problemu otworzyłam drzwi. Odwróciłam się na pięcie i wróciłam do swojego mieszkania. Patrząc na norweskie czasopismo, które dostałam pocztą, przypomniałam sobie o planach spotkania. Szybko ubrałam się i wyszłam na ulicę. Spacerując wzdłuż witryn sklepowych, obserwowałam mijanych ludzi. Wydawało mi się, że z naprzeciwka idzie w moją stronę znajomy z liceum. Nienawidziłam tej szkoły. Wskoczyłam szybko do najbliższego sklepu, aby uniknąć nieprzyjemnej rozmowy. Cofnęłam się w głąb, wpadając na wieszak.
- Czy mogę w czymś pomóc? – usłyszałam głos zirytowanej sprzedawczyni.
Aby uniknąć konfrontacji, uznałam, że najlepiej zrobię, kupując coś w tym sklepie. Rozglądnęłam się po pomieszczeniu i zobaczyłam na wystawie czerwoną sukienkę. Spytałam, czy jest dostępny mój rozmiar, a skoro był, wzięłam ją, płacąc bez mierzenia. Przecież i tak miałam kupić coś ładnego na przyjęcie przyjaciela. Wróciłam do domu, przebrałam się w sukienkę. Przymierzyłam szpilki i zasnęłam.
Przespałam cały dzień. Krzesło było odsunięte, a buty leżały pod łóżkiem. Nie mogłam sobie przypomnieć, co mi się śniło. Przez następne kilka dni było zadziwiająco cicho. Codziennie, choć na chwilę, ubierałam sukienkę i wyobrażałam sobie, że mój przyjaciel już tu jest. Chwali mnie, przytula i opowiada o swoim życiu. Nie mogłam sobie tylko przypomnieć, gdzie zostawiłam zegarek, który ofiarował mi piętnaście lat temu. Liczyłam godziny, które dzieliły mnie od ponownego spotkania z przyjacielem. Miał wylecieć z Oslo do Hamburga, a stamtąd dojechać pociągiem. Uwielbialiśmy pociągi. Zawsze marzyłam, że zostanie kolejarzem. Myślałam, że on też tego chce, dlatego zdziwiłam się, kiedy oznajmił mi, iż wybiera się do Norwegii. Wydzwoniłam lotniska, żeby być na bieżąco. Pozostało tylko czekanie. 8 września nieustannie czułam napięcie i ekscytację na myśl o spotkaniu z moim przyjacielem. Tego dnia wyglądałam nieziemsko. Ubrałam buty na wysokim obcasie, wspomnianą już czerwoną sukienkę, a we włosy wpięłam żółty kwiat. Godzinę po planowanym czasie przylotu zadzwoniłam na lotnisko, aby zapytać, czy nie ma opóźnień. Sprawdziłam wszystko dokładnie – lot Partnair 394.
To był ostatni dzień, kiedy byłam szczęśliwa i najgorszy w moim życiu. Nie doświadczyłam niczego straszniejszego – nic nie równało się z tym, co wtedy mnie spotkało. Mój przyjaciel zginął w katastrofie lotniczej. Samolot wpadł do wody. Nie ocalał nikt. Kiedy o tym usłyszałam, nie mogłam uwierzyć. Zagryzłam zęby, zacisnęłam pięści i zamknęłam oczy. Zerwałam się z fotela, chwyciłam telefon i cisnęłam nim z całej siły
w ścianę, wyrywając kabel. Rozglądnęłam się po pokoju. Wyszłam do kuchni. Podeszłam do stołu, wyciągnęłam ramkę ze zdjęciem przyjaciela i przyjrzałam się mu. Uderzyłam pięścią w szybkę, zbijając ją, i wyciągnęłam fotografię. Schowałam ją do torebki i wyszłam. Tego dnia wszystko było mi obojętne. Nic nie miało dla mnie znaczenia. Szybkim krokiem, wsłuchując się w rytmiczny stukot moich obcasów, poszłam w kierunku mostu Überfuhrsteg. Tyle czasu mieszkam w Salzburgu, a wciąż wydaje mi się obcy. Dzisiaj wreszcie poczułam pewną więź z tym ponurym miastem. Ono też straciło cząstkę siebie, a nawet tysiąc razy więcej tych cząstek. Chciałam po prostu skoczyć, ale za dobrze umiem pływać. Poza tym szkoda mi było sukienki. Z napuchniętymi oczami, drobnym, chwiejącym się krokiem wróciłam na główną ulicę prowadzącą do mojej kamienicy. Po drodze minęłam sąsiada, który agresywnie patrzył na mnie, nie ściągnął czapki na pozdrowienie, a kiedy podniosłam na niego wzrok, odwrócił głowę. Wydało mi się to dziwne. Wytłumaczyłam sobie to zachowanie tym, że pewnie spieszył się do pracy, co chciałam potwierdzić, zerkając na zegarek, ale przypomniałam sobie, iż nadal go nie znalazłam. Przy wejściu do kamienicy stał czarny Jaguar z przyciemnianymi szybami.
- To pewnie rodzina starej – pomyślałam.
Wyszłam na górę po klatce schodowej, słysząc rytmiczne kapanie wody z przeciekającego sufitu. Na górze urządzono pralnię.  Drzwi od mojego mieszkania były otwarte na oścież. Nie przypominam sobie, żebym je zamykała, ale też nie sądzę, abym mogła zostawić mieszkanie w takim stanie. Brakowało mi tylko narzekań sąsiadki. Dawno jej nie słyszałam. Od kilku dni nie wychodziła na zakupy. W tym momencie usłyszałam pukanie do drzwi. Stanęłam w bezruchu. Nie wiem, dlaczego ktoś pukał, zamiast użyć dzwonka. Otarłam oczy chusteczką i poszłam otworzyć.
- Witam panią, chciałbym zadać kilka pytań – powiedział monotonnym głosem policjant zapatrzony w notatki. Zamyśliłam się. Mężczyzna zdziwiony zastaną ciszą oderwał wzrok od zeszytu i przyjrzał się mi. – Co robiła pani tydzień temu?
- Nie pamiętam – odpowiedziałam lekceważąco, podejrzewając, że to staruszka złożyła na mnie skargę.
- Wie pani co? – zapytał, powoli przenosząc wzrok z moich kolan aż do twarzy. Przeszły mnie ciarki. – Jest pani młoda, jeszcze dużo życia przed panią, więc na pani miejscu, byłbym jednak bardziej skory do współpracy, zważywszy na fakt, iż jest pani główną, jeśli nie nawet jedyną, podejrzaną.
- Nie urządzam tu domu publicznego! Przecież nie ma w prawie nic o zakazie noszenia czerwonych sukienek w innych profesjach, a nikogo do mieszkania nie przyprowadzam! – wybuchłam. – Czy ja wyglądam jak prostytutka? Jeśli ta staru… pani Fingerlos znowu nagadała panu o rzeczach, które robię…
- Nie przyszedłem dzisiaj w tej sprawie – powiedział z przekąsem. - Ale z tego, co mi wiadomo, tamta została już dawno wyjaśniona.   
- A więc o co chodzi?
- Pani sąsiadka nie żyje. Przeszukaliśmy pani mieszkanie. Sytuacja wygląda tak, jakby pani Fingerlos popełniła samobójstwo, ale otrzymałem rozkaz zbadania sprawy i przesłuchania podejrzanych. Z przykrością dla pani, jestem zmuszony poinformować, iż wszystkie poszlaki wskazują na panią. Pytam ostatni raz, inaczej oskarżę panią o utrudnianie śledztwa – co robiła pani 1 września?
Moja twarz przybrała teraz wyraz zaskoczenia połączonego ze złością. Zmrużyłam oczy, popatrzyłam na odznakę, a później na notes policjanta. W myślach próbowałam przypomnieć sobie, co działo się tydzień temu. Potarłam nerwowo nadgarstek i poprawiłam rękawy sukienki. W tym czasie mężczyzna zdążył usiąść przy stole. Ręką dał mi znak, że mamy czas. Zaczęłam chodzić w kółko po dywanie. Przystanęłam.
- Dlaczego to ja jestem podejrzana?
- Ponieważ mieszka pani najbliżej, miała z nieboszczką najczęstszą styczność, pani Fingerlos składała już różne skargi na panią, więc ma pani motywy… Wymieniać dalej? Byłbym zapomniał. W mieszkaniu znaleziono pani zegarek.
To tam jest! O, nie… Nie przysunęłam krzesła do łóżka. Mogłam lunatykować w nocy! A co jeśli… Jeśli naprawdę ją zabiłam? Chwyciłam się dłonią za podbródek, a drugą oparłam na biodrze. Wyszłam do sypialni, zajrzałam pod łóżko i wróciłam.
- Czy mogłabym zobaczyć to mieszkanie? – zapytałam. Mężczyzna skinął głową i zaprowadził mnie tam. Wiem, że nie powinien. Nie wolno mu robić takich rzeczy, ale myślę, że wtedy zadziałała moc czerwonej sukienki, a może tylko chciał wyobrazić sobie mnie w czasie zabijania, aby potwierdzić swoją wersję wydarzeń?
Ostrożnie weszłam przez korytarz. W malutkim pokoju nie było czuć zapachu psującego się ciała, którego tak bardzo się bałam. Było całkiem czysto – nie licząc paru worków i taśmy zabezpieczającej. Rozglądałam się dookoła, skupiając uwagę na wszystkich detalach. Przy drzwiach wejściowych zobaczyłam pasiasty szalik. Wydawał mi się znajomy. W czasie przechadzki po mieszkaniu dowiedziałam się dwóch rzeczy – staruszka zatruła się lekarstwami i nie zostawiła nikomu żadnej wiadomości. Kolejnej wizyty policjanta miałam spodziewać się jutro, żeby spisać oficjalne zeznania. Znalazłam u niej wiele rzeczy należących do mnie, ale starałam się nie dać tego po sobie poznać. Wiedziałam, że każdy mój kolejny krok może świadczyć o winie. Nie myślałam trzeźwo. Tęskniłam za przyjacielem, choć przez moment wydało mi się, jakby minął rok, od dnia jego śmierci. Najgorsza dla mnie była świadomość, że nie wiem, co działo się ze mną tydzień temu. Odtwarzając kolejne wydarzenia – od momentu przebudzenia, aż do chwili powrotu do domu, uświadomiłam sobie swoje tragiczne położenie. Nie spotkałam nikogo, kto mógłby zaświadczyć o mojej niewinności, a przed jedyną szansą, którą miałam, uciekłam. Poczułam ukłucie w piersi. Szukam obrony, a może powinnam raczej oskarżać samą siebie?
Zdjęłam sukienkę i zostawiłam ją na łóżku. Schyliłam się, sięgnęłam ręką do ściany, ale na podłodze nic nie znalazłam. Zamknęłam oczy i przypomniałam sobie, że tamtej nocy byłam w mieszkaniu pani Fingerlos. To był ten dzień, kiedy wpadłam do sklepu. W następny piątek miał przyjechać mój przyjaciel. Wzdrygnęłam się. Byłam u niej. Jak inaczej wyjaśnić wszystkie te przedmioty zostawione w różnych miejscach? Skąd wziął się tam mój zegarek? Skoro przypomniałam sobie już, że chodziłam wcześniej po jej mieszkaniu, co jeszcze miało mnie spotkać? Kiedyś czytałam o wyparciu. Jeśli człowiek przeżywa jakieś traumatyczne zdarzenia, które sprawiają mu ból albo wywołują w nim poczucie wstydu i winy, to jego pamięć „usuwa” problematyczne wspomnienia. Wypiera niewygodne myśli.
Następnego dnia, po męczącej nocy pełnej sennych koszmarów, znowu ubrałam czerwoną sukienkę. Wyciągnęłam z torebki fotografię i owinęłam ją w szalik. Zabrałam go wczoraj z mieszkania, oddając chustkę, która z niewiadomych przyczyn wisiała u mnie w szafie. Postawiłam na stole znalezioną w niej karteczkę z listem. Zwinęłam dywan. Przetarłam lustro, a wychodząc, zabrałam jeszcze zeszyt.
Policjant uśmiechnął się do mnie i kątem oka zobaczył wystający z torebki szalik. Pokręcił głową. Patrzyłam mu prosto w oczy, powstrzymując łzy. Spisał zeznania, zakuł mnie w kajdanki i zaprowadził do aresztu. 8 września 1989 roku zmarł też jego przyjaciel.

Komentarze