Miłego dnia!

Wróciłam. Byłam tak zdołowana, że chciało mi się płakać. Uciekłam się więc do najbardziej radykalnych środków i poszłam na spacer. Początkowo celem był tylko zakup wody mineralnej. Wynikały z niego trzy korzyści - minięcie bezosobowych postaci, które pozwala mi poczuć obecność innych, dotleniający i orzeźwiający spacer, no i uzupełniająca minerały woda, która trochę wspomoże mój mózg. Zaraz pewnie będę żałować, bo czasu mało i siły fizycznej przez chodzenie w butach na obcasie pewnie jeszcze mniej, ale chwilowo mam się nie najgorzej, poza tym, że strasznie mi gorąco.

Jak to zwykle w przypadkach smutku bywa, starałam się być dla wszystkich miła. Uśmiechu z mojej twarzy od razu nie wydobyłam, ale przynajmniej wysłuchiwałam tego, co ludzie mieli do powiedzenia. Wyszło na to, że pomagałam innym dla siebie. Na początku pewna pani z wnuczkiem zapytała mnie o drogę na przystanek tramwajowy. Swoją drogą, z tym wnuczkiem to ciekawy zbieg okoliczności (ciekawym odpowiem osobiście). Pokazałam trzy najbliższe, ale, w razie czego, zapytałam się, o jaki to przystanek chodzi. Okazało się, że Karmelicka i, kiedy zaczęłam tłumaczyć drogę, wpadłam na genialny pomysł, że zamiast nieudolnie opowiadać, sama ją zaprowadzę, a przy okazji może trochę porozmawiam, bo przecież i tak miałam iść na spacer. Wracałam drogą bardzo okrężną. Doszłam do Bramy Floriańskiej, przed którą zaczepił mnie jeden pan. Światowy, swoją przemowę zaczął od "Excuse me", dopiero później przeszedł na nasz ojczysty język. Specjalnie zdjął czapkę, bo, jak sam mówił, rozmawiać z kobietą w nakryciu głowy nie wypada. Niestety, jego prośby nie spełniłam, ale za to pożyczyłam miłego dnia. Później minęłam zieloną orkiestrę, której nawet się nie przypatrzyłam, a normalnie zapamiętałabym miejsce ustawienia co najmniej trzech instrumentów. Chciałam tamtędy przejść, ale uznałam, że jest za duży ruch, więc po prostu poszłam dalej poprawiać sobie nastrój widokiem na Teatr im. Juliusza Słowackiego. Minęłam kilku obcokrajowców. Doszłam do rynku, gdzie zaczęłam żałować, że nie wzięłam okularów przeciwsłonecznych. Pod sklepem spożywczym, do którego najpierw chciałam iść, a później zdecydowałam się jednak udać do innego, pewien pan, nazywając mnie księżniczką, zapytał, czy nie kupiłabym mu czegoś do jedzenia. Popatrzyłam, porozważałam. W sumie limit dobroci na dzisiaj już się skończył. Nie wiem, czy stać mnie na takie pomaganie innym. To nawet nie są moje pieniądze. Później pomyślałam, że nie ma żadnych limitów i powinnam to zrobić. Najwyżej odmówię sobie czegoś i też będzie. Tak długo szukałam czegoś odpowiedniego, że pomyślałam, iż ten mężczyzna już pewnie nawet zapomniał o swojej prośbie, ale wręczyłam mu zakupiony towar, uśmiechnęłam się, on podziękował i nasze drogi się rozeszły. Dosłownie, bo skręciłam w inną stronę.

Postanowiłam już wracać. Miałam poczucie, że wycieczka nic nie pomogła. Gdy stałam na pasach i całą swoją uwagę skupiałam na tym, aby pod coś nie wpaść, nie zatoczyć się, ani nie zostawić obcasa między szynami tramwajowymi, pojazd do wożenia turystów po mieście zatrzymał się, a jego kierowca (całkiem młody)z przyjaznym uśmiechem kiwnął ręką i powiedział: "Proszę, słoneczko". Odwzajemniłam się skinieniem głowy i podniesieniem kącików ust. "Dobro zaczyna krążyć" - pomyślałam i pocieszyłam się, że mam gdzie mieszkać.

Chrupiąca czekoladowe ciasteczka
Kartie

Komentarze

Anonimowy pisze…
taak, kierowcy meleksów :D