O tym, o czym łatwiej się pisze, niż mówi

...czyli jak zwykle o wszystkim.

Na początek polecam zapoznanie się z tym - tak dla zaspokojenia ciekawości, a może też dla motywacji. Czasem działa :)


Przez całe swoje życie nauczyłam się wielu rzeczy, ale wśród nich najważniejszą lekcją było to, żeby o niektóre kwestie nie pytać, gdyż mimo zupełnie szczerych intencji mogą zostać źle odebrane.

Drugą z kolei było to, że jednak nie mam szczęścia (chyba że chodzi o jedzenie) i choćbym długo się przygotowywała, najczęściej skończy się to na tym, że dojdę do wniosku, iż w rzeczywistości nie musiałam robić nic, bo efekt i tak byłby ten sam.

Trzecią jest zrozumienie faktu, że planowanie nie idzie mi najlepiej i trzeba wreszcie przejść z tym do porządku dziennego zamiast opierać się najoczywistszej prawdzie mojego życia.

Brzmi jak testament? Ale to jeszcze nie ten czas. Wczoraj wyobrażałam sobie siebie jako spokojną staruszkę, która zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie stanę się jak Nemo, musiałabym żyć w tych kilku równoległych światach lub mieć lepszą wyobraźnię. To jest kolejny z "niemożliwych-do-realizacji-lecz-wciąż-pożądanych" celów. Zastanawiam się, co mam i co będę miała do przekazania?

Czy tak mówi człowiek zakochany? Tak mówi człowiek ślepy - nieświadomy pułapki, w jaką wpada. Sam nie będzie w stanie się z niej wyzwolić. Może się miotać, wierzyć, że jego kolejne ruchy mają wpływ na rozwój akcji, ale nie wie, gdzie się znajduje. Zamknięto go w bańce, która szczelnie zamyka człowieka na świat zewnętrzny. Poczucie, że ma kontrolę nad tym, kogo do niej wpuszcza, jest mylne i niczym nieuzasadnione. Jest jak wiara w to, że, gdy zamkniemy oczy, po przebudzeniu świat nadal będzie taki sam. To tylko wrażenie.

Zobaczyłam go, jak otworzył bramę. Wyszedł przez nią, rozglądnął się. Wziął głęboki oddech i podciągnął wyżej spodnie, po czym wrócił na tamtą stronę. To był mężczyzna, o którym zawsze myślałam. On nieustannie powracał w moich opowieściach, marzeniach i koszmarach, snach i mijanych kształtach. Nie znałam go, ale czy musiałam? Wiedziałam tylko tyle, że nie mogłam pozwolić mu odejść. Gdyby nie to, że nie dało się nagle zatrzymać i wysiąść, już teraz goniłabym go, żeby nigdzie się nie oddalił. Nie stanęłam, ale byłam pewna, że to nie jest ostatnie spotkanie. Nie pierwszy raz mam przeświadczenie poparte najlepszym dowodem, jakim jest intuicja, że nie mogliśmy dzisiaj porozmawiać. To był człowiek zdający się znać rozwiązania wszystkich moich problemów. Niepozorny robotnik stojący na torach, przypatrujący się pobliskim sosnom nie miał pojęcia, o czym mówię. Wziął cegłę i odłożył ją na stos innych. Popatrzył na mnie z politowaniem i otworzył usta z zamiarem skomentowania, ale po chwili zmienił zdanie. Zacisnął wargi, odwrócił się i tylko machnął mi ręką na pożegnanie.

Wzięłam jedną z ułamanych cegieł i cisnęłam nią z całej siły w ziemię, patrząc jak rozbija się na kolejne kawałki. Przecież miałam być spokojna. Usiadłam na niskim murku, chowając twarz w dłoniach. Czekałam, aż wydarzy się coś, co pozwoli mi zapomnieć o błędach z przeszłości. Nie jestem jedną z tych, co nie mają nic na sumieniu. Udaję, że żyję normalnie, pozdrawiając uśmiechem sąsiadów. Dopiero gdy uciekam, choć bez pośpiechu i strachu, z domu, pozwalam sobie na chwilę wytchnienia i wyjście z roli. Zaczepiam wtedy nieznanych mi ludzi i zadaję pytania o życie. Na początku są zdziwieni, niechętni. Biorą mnie za wariatkę i zaczynają odchodzić, ale wtedy, w odpowiednim momencie, niczym wędkarz zarzucający przynętę, mówię coś, co sprawia, że się zatrzymują. Wszyscy dają się złapać. Po chwili rozmowy nabierają do mnie zaufania i zwierzają się z coraz bardziej poufnych fragmentów ich życia. Wtedy zaczynają mi się pocić ręce i czuję, że to najlepsza chwila, abym ja opowiedziała swoją historię. Robię to zawsze z tym samym, pogodnym wyrazem twarzy. Większość z nich nie wierzy. Część nie pozwala mi dokończyć, zbywając mnie histerycznym śmiechem. Tylko nieliczni w miarę słuchania otwierają szerzej oczy. Unikają kontaktu wzrokowego. Zamierają i pozostają w tej pozycji do czasu, aż skończę mówić. Wtedy dziękuję i odchodzę. Takie reakcje podobają mi się najbardziej.

* * *



Jedna z najlepszych piosenek do filmu (nie licząc soundtracków Quentina Tarantino), jakie słyszałam.
The Chordettes - Mr. Sandman

Komentarze