Szepcząc

Skradam oddech. Łączę usta. Słyszę cichy świst. Swoją dłonią sprawdzam szczegóły.
Przymykam oczy, biorąc głębszy wdech. Uspokajam szumy w głowie. Ruszam nagą stopą. Nasze ciała łączą się. Ostatnia chwila przed najważniejszym momentem. Delektuję się nią i przedłużam jak tylko mogę. Sięgam palcami. Już prawie. Białe na czarnym. Czas rozpocząć koncert. Naciągnięte struny wybrzmiewają miękkimi akordami. A ja rozpływam się na granicy rzeczywistości i wyimaginowanego wyższego świata. Staję się marzycielem, który od czasu do czasu jest artystą. W tej wyobraźni powstało już tyle doskonałych dzieł. Odkrywczych kompozycji. Poddaję się temu uczuciu, że jestem kimś najważniejszym.

Rozgarniam łokciami chmury. Płynę pomiędzy nimi.
Okrężną drogą lecę do celu.
Jeszcze nie jestem za wysoko.
Labirynt już daleko za mną.
Nie słyszę nawoływań.
Jest naprawdę cicho.
Jestem obrazem. Rozmywają się we mnie najpiękniejsze barwy błękitów, róży i szarości. Gdyby ktoś domalował jeszcze frezję, uczyniłby mnie kompletną.
Wznoszę się.
Opływowa forma czyni mnie odporną na opady. Reaguję jedynie na zbyt ostre światło. Wtedy usiłuję skryć się za strzępkami chmur. Zachowuję się tchórzliwie. Nie potrzebuję konfrontacji. Zdobywam się na nie tylko w radykalnych przypadkach. Sytuacje z wyjściem, którego drzwi akurat mi się nie spodobają. Bo rażą obrzydliwą klamką lub zniechęcają futryną.

Każda decyzja czyni ze mnie konkretną osobę. Nie rzucam słów na wiatr. Nie robię niczego bez powodu. Niech takim będzie to życie - dążeniem do funkcjonalności odruchów i uczuć. Niczego nie odwołam. Pozostaje mi jedynie poddać się tym wirom i albo znajdę odpowiednią filozofię, albo pozostanę przy tych absurdach, których nie można wytłumaczyć, chociaż wciąż próbuję.

Pewnie nie o to chodzi, żebym w ten sposób żyła. Problem w tym, że dla mnie żaden nie będzie odpowiedni.

Komentarze