Nikomu nie ufaj

- Czy zawsze patrzysz w ten sposób na nieznajomych? - zapytał głębokim głosem wąsaty mężczyzna. Patrzył naprzód, ale to pytanie było skierowane do mnie. Nie odzywałam się przez chwilę, wciąż wsłuchując się w melodyjne echo jego słów w mojej głowie. Może jednak jest wokalistą?
- Nie jesteś wyjątkiem - w końcu odpowiedziałam.
- A tak bardzo chciałem nim być, wybierając miejsce obok ciebie.
- Chciałeś być wyjątkowy dla mnie?
- Nie. Liczyłem na miłe towarzystwo.
- Chodzi o to, żeby siedzieć koło kogoś przyjaznego?
- Po prostu porozmawiać. W nocnych pociągach trudno o rozmowę na poziomie.
- Ta chyba też taka nie jest.
- Wręcz przeciwnie. Długo szukałem osoby takiej jak pani - przerwał i zaczął szukać czegoś w kieszeni spodni. Czas i wysiłek, jaki włożył w tę czynność, mogły sprawiać wrażenie, że nie ma ona dna, a żeby ją przeszukać trzeba by poświęcić miesiące, czy nawet lata. Zdziwiłam się jego nagłym skierowaniem uwagi na mnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy to kolejny chwyt stosowany podczas rozmów fatycznych, czy może naprawdę miał coś konkretnego na myśli. Dlaczego miałby szukać kogoś takiego jak ja? Skąd w ogóle wie, jaka ja jestem?
- Widzę, że mnie pani nie rozumie. Potrzebuję porozmawiać z tobą w cztery oczy.

Zaskoczyły mnie nagłe zmiany poufałości. Wydawał się mieć za nic jakiekolwiek zasady używania zwrotów grzecznościowych. Ciężko westchnęłam urażona jego brakiem etykiety. Mężczyzna był ode mnie około dziesięciu lat starszy, zdecydowałam się więc utrzymać początkowy ton rozmowy.

- Jak chcesz to zrobić? Tutaj to nie jest możliwe.
- Założymy się? - zapytał z szelmowskim uśmiechem, traktując tamto stwierdzenie jak wyzwanie. Zapomniał już o rzeczy, której wcześniej szukał. Schylił się do prawej kostki i zaczął podwijać nogawkę spodni. Uniósł ją do góry. Odwinął skórzany pasek opięty dookoła łydki. Lewą ręką sięgnął po rewolwer, który był pod nim schowany. Mężczyzna wyprostował nogę i wstrząsnął nią tak, że wywinięte spodnie powróciły do pierwotnego stanu. Przyjrzałam się broni - była bardzo staromodna. Rączka pokryta zdobieniami z motywem roślinnym. Łagodne oświetlenie pociągu wydobywało lekki blask z dokładnie wypolerowanej lufy. Arcydzieło! Ciekawe, ile osób już zabił tym cackiem.
- To jak? - zapytał, podrzucając rewolwer do góry. - Zgodzisz się ze mną porozmawiać?
- Tak - odpowiedziałam wpatrzona w broń. Szybki ruch i była już nabita. Zanim zdążyłam się zorientować, wykonał już pierwszy strzał. Rannym okazał się mężczyzna w białej kurtce. I dobrze. Też mi działał na nerwy. Raz. Drugi huk - leżała kobieta. Ładna parka, może na tamtym świecie uda mu się do niej zagadać. Dwa. Trzeci wystrzał i już po nastolatce, która mogła posłuchać matki, a gdyby nie miała słuchawek, zareagowałaby szybciej i może zdążyła uciec. Trzy. Czwarty i ostatni był człowiek w ortalionie. Podczas gdy ginęli tamci, wstał i popatrzył smutno na mojego sąsiada. W jego oczach widać było zmęczenie życiem. W odróżnieniu od pozostałych był już gotowy na śmierć, ale coś mówiło mi, że to nie miał być jeszcze ten czas. Popatrzyłam na buty i znowu na jego zaszklone oczy. Zrobiło mi się go żal. Zacisnęłam mocno powieki. Ułamek sekundy później dołączył do pozostałych. Cztery. Kowboj splunął na podłogę, usiadł z impetem i schował narzędzie zbrodni na swoje miejsce, owijając je paskiem.
- Już możemy. 

Komentarze