Czyżby pierwsza porażka?

Zależało mi na tym bardzo. Pragnęłam z całych sił, żeby się udało. Przyłożyłam się do tego, jak do niczego innego. To było moje wielkie marzenie, które zdawało się być już na wyciągnięcie ręki. Chciałam udowodnić sobie, że nie jestem do niczego, a moje życie nie jest jednym wielkim ciągiem sukcesów, które i tak zawsze kończą się porażką. Wiem, że "w życiu nie można mieć wszystkiego" i jestem tego zupełnie świadoma. Moje kanaliki łzowe nie wytrzymują, ale czy naprawdę warto płakać? Czy to ma sens czy może jestem już z góry skazana na bycie zwykłym, szarym, ponurym człowiekiem i walka z własną naturą nie powinna mieć racji bytu? Znowu użalam się nad sobą, a byłam już prawie na dobrej drodze. Pozostaje mieć nadzieję, że wszystko inne nie zmieni się na gorsze, bo przecież i tak mam szczęście w życiu, choć wiecznie mówię, iż wcale nie.
Mam wiele powodów do radości i z jednym z nich właśnie rozmawiam. To on zawsze podnosi mnie na duchu. To on jest przy mnie. To on sprawia, że się śmieję. To on paradoksalnie powoduje zwiększenie mojej wrażliwości. To on nie pamięta o kółku. To on jest tym, kim powinien być. 
Na dzisiaj dziękuję. 
SweetPear

Komentarze