O białych schodach
Dawno nie czułam się tak znudzona, leniwa i obojętna. Kocham upały, ale nie mam z kim ich spędzać, bo hobby większości osób ostatnio stało się chowanie w cieniu. Najchętniej pojechałabym z tatą na rowerach nad jakiś zbiornik wodny. Mam dzisiaj wrażenie bezkarności. Nie wiem, czym dokładnie się to objawia, ale... Nawet nie umiem tego wyrazić. Brakuje mi odpowiednich słów. Nie mogę się skupić. Mimo że mam mnóstwo wolnego czasu, nie potrafię czytać. Moje myśli ciągle krążą po tym świecie - a to zatrzymają się na minie kolegi, a to spoczną na ziejącym ogniem Smoku Wawelskim, żeby przejść przez moje dziwne zainteresowania, jak na przykład darcie papieru i zakończyć na piosenkach, które warto byłoby zaśpiewać, przez co wracam do innego kolegi i zaczyna się nowa pętla. Brakuje mi trochę miłości. Obserwuję drobny deszcz za oknem.
Uplotłam sobie wianek ze stokrotek. Chciałam się rozluźnić i sprawdzić, czy jeszcze pamiętam, jak się go robi. Kiedy byłam dzieckiem, dziadek plótł mi zawsze takie wianki - ze stokrotek, z kwiatów koniczyny i czego tylko się znalazło. Chciałam się nauczyć, żebym sama też mogła, więc mi pokazał. Bardzo lubię wspominać takie popołudnia i wieczory spędzone u dziadków. Zdarzało się, że razem z kuzynkami i bratem zostawałam na noc. Było dużo zabawy z samym ustalaniem, kto gdzie śpi. Opowiadaliśmy sobie wtedy bajki i legendę o smoku wawelskim. Przed spaniem i wieczorynką zazwyczaj braliśmy poduszki z kanapy (do czasu aż została zmieniona) i robiliśmy sobie domek albo "bazę". Przechodziliśmy pod krzesłami, stołem. Dziadek przykrywał naszą konstrukcję obrusem, więc było tam naprawdę klimatycznie i ciemno. Kiedy nudziło nam się latanie po pokoju, w nasze ręce dostawał się tzw. majland. Nie mam pojęcia, skąd wzięła się ta nazwa, ani co to słowo dokładnie oznacza, ale skoro babcia tak mówiła, można było jej zaufać. W jednym pudełku lub kartonie (ten szczegół umknął mi z pamięci) znajdowały się różne zabawki. Funkcjonował też inny karton, w którym umieszczone były "szmatki", czyli skrawki różnych materiałów o pięknych wzorach, fakturach i kolorach. Godziny zabawy - strojenie lalek, strojenie siebie, składanie, mieszanie, obrzucanie się, tworzenie "scenografii". W maju przesiadywaliśmy pod malutką kapliczką, która była otoczona pięknymi kolorowymi kwiatami, a schodki co roku malowane na biało. Czasem uczestniczyliśmy w "majówkach". Od drugiego dziadka, który już, niestety, nie żyje zawsze dostawałam pastele olejne do rysowania. Wydaje mi się, że już kiedyś o tym pisałam, ale pewnego razu pokazał mi taflę szkła w garażu, a ja, zainspirowana zajęciami plastycznymi w przedszkolu, zapytałam, czy mogłabym na niej coś narysować. Dziadek się zgodził, więc powstała dłuuuuuuga czerwona róża, z łodygą w kolorze soczystej zieleni (teraz powiedziałoby się raczej limonki). Zachowała się na długo. Przetrwała jeszcze po śmierci dziadka, ale nie wiem, co się później z nią stało. Dom został sprzedany, ale wciąż pamiętam szklanki trzymane w metalowych uchwytach, żeby można było z nich pić. Przypominam też sobie drzewo orzechowe, które dawało przyjemny cień w upalne dni. Pamiętam też urocze konwalie rosnące tuż pod płotem. Kiedyś bardzo przypominały mi dzwoneczki i chyba tak nazywałam te kwiaty. Mają przepiękny zapach.
Lubię wspominać. To chyba po mnie widać. Na następny raz, o ile uda mi się przypomnieć jeszcze coś ciekawego, może opowiem więcej. Z resztą mam już zaległy temat o rzeczach, które mnie bawią. Zatem pisania a pisania :) Póki co czekam na wyniki, oby były pozytywne. Jeśli nie będą? To trudno. Poradzę sobie. Zawsze jest jakieś wyjście. Nawet z sytuacji, która wyjść nie dotyczy.
Życzę wszystkim pogody, jakiej sobie życzą (a sobie dalszego ciągu upałów). Trzymajcie się gorąco! :)
Kartie
Uplotłam sobie wianek ze stokrotek. Chciałam się rozluźnić i sprawdzić, czy jeszcze pamiętam, jak się go robi. Kiedy byłam dzieckiem, dziadek plótł mi zawsze takie wianki - ze stokrotek, z kwiatów koniczyny i czego tylko się znalazło. Chciałam się nauczyć, żebym sama też mogła, więc mi pokazał. Bardzo lubię wspominać takie popołudnia i wieczory spędzone u dziadków. Zdarzało się, że razem z kuzynkami i bratem zostawałam na noc. Było dużo zabawy z samym ustalaniem, kto gdzie śpi. Opowiadaliśmy sobie wtedy bajki i legendę o smoku wawelskim. Przed spaniem i wieczorynką zazwyczaj braliśmy poduszki z kanapy (do czasu aż została zmieniona) i robiliśmy sobie domek albo "bazę". Przechodziliśmy pod krzesłami, stołem. Dziadek przykrywał naszą konstrukcję obrusem, więc było tam naprawdę klimatycznie i ciemno. Kiedy nudziło nam się latanie po pokoju, w nasze ręce dostawał się tzw. majland. Nie mam pojęcia, skąd wzięła się ta nazwa, ani co to słowo dokładnie oznacza, ale skoro babcia tak mówiła, można było jej zaufać. W jednym pudełku lub kartonie (ten szczegół umknął mi z pamięci) znajdowały się różne zabawki. Funkcjonował też inny karton, w którym umieszczone były "szmatki", czyli skrawki różnych materiałów o pięknych wzorach, fakturach i kolorach. Godziny zabawy - strojenie lalek, strojenie siebie, składanie, mieszanie, obrzucanie się, tworzenie "scenografii". W maju przesiadywaliśmy pod malutką kapliczką, która była otoczona pięknymi kolorowymi kwiatami, a schodki co roku malowane na biało. Czasem uczestniczyliśmy w "majówkach". Od drugiego dziadka, który już, niestety, nie żyje zawsze dostawałam pastele olejne do rysowania. Wydaje mi się, że już kiedyś o tym pisałam, ale pewnego razu pokazał mi taflę szkła w garażu, a ja, zainspirowana zajęciami plastycznymi w przedszkolu, zapytałam, czy mogłabym na niej coś narysować. Dziadek się zgodził, więc powstała dłuuuuuuga czerwona róża, z łodygą w kolorze soczystej zieleni (teraz powiedziałoby się raczej limonki). Zachowała się na długo. Przetrwała jeszcze po śmierci dziadka, ale nie wiem, co się później z nią stało. Dom został sprzedany, ale wciąż pamiętam szklanki trzymane w metalowych uchwytach, żeby można było z nich pić. Przypominam też sobie drzewo orzechowe, które dawało przyjemny cień w upalne dni. Pamiętam też urocze konwalie rosnące tuż pod płotem. Kiedyś bardzo przypominały mi dzwoneczki i chyba tak nazywałam te kwiaty. Mają przepiękny zapach.
Lubię wspominać. To chyba po mnie widać. Na następny raz, o ile uda mi się przypomnieć jeszcze coś ciekawego, może opowiem więcej. Z resztą mam już zaległy temat o rzeczach, które mnie bawią. Zatem pisania a pisania :) Póki co czekam na wyniki, oby były pozytywne. Jeśli nie będą? To trudno. Poradzę sobie. Zawsze jest jakieś wyjście. Nawet z sytuacji, która wyjść nie dotyczy.
Życzę wszystkim pogody, jakiej sobie życzą (a sobie dalszego ciągu upałów). Trzymajcie się gorąco! :)
Kartie
Komentarze