Słoneczny patrol w nowym wydaniu
Zastanawiałam się, czy na pewno powinnam pisać tego posta, ale doszłam do wniosku, że osoby znajdujące się na zdjęciach raczej się nie obrażą, a poza tym nie jest to na tyle popularny blog, iż mógłby zaszkodzić ich prywatności (jak już, to w mikroskopijnym stopniu). Nie piszę zbyt często o konkretnych osobach, gdyż obawiam się, że mogłyby nie chcieć otwierania granic ich przestrzeni osobistej przeze mnie. Sami pewnie prędzej by się zdecydowali. Łatwiej pisać o sobie, bo ma się nad wszystkim (przynajmniej z założenia) kontrolę. Kiedy wspominam o kimś innym, zawsze istnieje prawdopodobieństwo, iż może sobie nie życzyć ujawniania swojej tożsamości albo pewnych szczegółów ze swojego życia. Jak widać, jednak podjęłam decyzję i piszę, ponieważ jest to najlepszy sposób na uwiecznienie wspomnień :)
Wylecieliśmy samolotem 4 VII 2013r. Wiadomo, jakie były moje wrażenia odnośnie lotu. Niestety, nie trafiło mi się siedzenie obok koleżanki. Wiem, że niedaleko mnie zajął miejsce opiekun (wtedy miałam nadzieję, iż okaże się opiekunem naszego obozu, bo wydawał się naprawdę sympatyczny), a tuż obok siadł jakiś młody chłopak, który niezbyt radził sobie z pasami, nawet po tym, jak mu pokazałam jak się nimi posługiwać. Nie był zbyt rozmowny, więc większość czasu spędziłam na patrzeniu przez okno. Uwielbiam ten moment, kiedy równaliśmy się z poziomem chmur, a później wylatywaliśmy ponad nie. Wszystko zdawało się być takie nierzeczywiste.
Po wyjściu z lotniska w Burgas czekała nas półgodzinna droga autobusem do Słonecznego Brzegu. Dowiedziałam się od samej kierowniczki, że ma taką samą sukienkę jak ja i nie byłam pewna, jak powinnam zareagować na to, że powiedziała, iż nie zrobi mi konkurencji, ubierając ją. Zastosowałam więc najbardziej sprawdzoną metodę na wszystkie nie do końca zrozumiałe sytuacje, czyli lekko się uśmiechnęłam.
Odpuszczę bardzo szczegółowe opisy na temat tego, co było dalej. Nie robiłam zdjęć wszystkiego dookoła, jak to miałam kiedyś w zwyczaju. Teraz bardziej interesowali mnie ludzie. Sam charakter obozu był raczej rozrywkowy niż do zwiedzania. Byliśmy dwa razy w Aquaparku, wybraliśmy się na piracki rejs. Wypróbowaliśmy wszystkie zjeżdżalnie - z pontonami i bez, tyłem i przodem. Po prostu czas maksymalnie wykorzystany. Najlepsze były dwie wysokie - czerwona i żółta, no i niebieska, w której nie było nic widać. Podczas rejsu byłam jedyną dziewczyną (poza opiekunką), która odważyła się skoczyć. Później dołączyły się jeszcze dwie inne, ale z dumą stwierdzam, że byłam prekursorką. Oczywiście, niezbyt ostrożnie, pierwszy skok wykonałam z dachu na bombę, co przyprawiło mnie o dosyć silny ból ud i miejsca, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Jak wyszłam z wody, trzęsłam się niemiłosiernie, lecz nie znalazł się żaden dżentelmen skory do ofiarowania mi swego płaszcza (przecież wcale nie dlatego, iż tegoż płaszcza nie miał :)).
Dwukrotna wizyta na dyskotece w klubie "Lazur". Jak już kiedyś wspominałam, nastąpiła integracja międzynarodowa. Niesamowite przeżycia. Poza tym codziennie odbywały się zajęcia taneczne, które sfinalizowaliśmy nagrywaniem filmiku flash mob. Naszym animatorem był niezwykły pan Adam, który próbował już chyba wszystkiego (kostka rubika, żonglerka, zabawy intelektualne). Poniżej filmik z naszym udziałem. Może nie przyznam się, gdzie jestem, bo nie mogłam się skupić i się parę razy pomyliłam :) Miałam po tym straszne odciski i zdartą skórę (tańczyliśmy boso), stąd widoczny na niektórych zdjęciach bandaż na stopie.
Nasz hotel był w porządku. Obsługa świetna. Była pani w recepcji, która potrafiła płynnie mówić po Polsku. Jeśli chodzi o kelnerów, to z jednym naprawdę dobrze się dogadywałam, a dowiedziałam się, że nauczył się angielskiego, grając w WoW'a (może ja też spróbuję? :)). Nasz pokój był całkiem miły. Byłam z przesympatycznymi dziewczynami, choć przyznam szczerze, że na początku trochę się bałam, iż możemy się nie dogadywać. Na szczęście okazało się być inaczej i teraz mam tylko same dobre wspomnienia.
Bardzo podobała mi się tamtejsza organizacja posiłków. Co prawda nie przywykłam do jedzenia obiadów o 12:30 (zazwyczaj po 16:00, niekoniecznie z własnego wyboru), ale byłam zadowolona z tego, iż mogliśmy wybierać. Nie wszyscy chcieli jeść potrawy z bułgarskiej kuchni (ja owszem!), więc mieliśmy do wyboru na obiad jeszcze dania włoskie. Co wieczór decydowaliśmy, którą kuchnię wolimy, a nazajutrz dostawaliśmy malutkie karteczki później oddawane odpowiednim osobom. W hotelu znajdowały się dwie restauracje i bar. Mój pokój był bardzo blisko tej, w której wydawano śniadania, kolacje i obiady bułgarskie, ale nie dlatego częściej wybierałam tamtejszą kuchnię. Po prostu chciałam spróbować czegoś nowego, a że okazało się smacznie i różnorodnie, tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, iż podjęłam dobrą decyzję. Próbowałam chłodnika z ogórków i trafił w mój gust, choć się tego zupełnie nie spodziewałam.
Zaczynaliśmy mieć dość plaży, ale opiekunowie wyciągnęli nas na spacer do miasta wzdłuż brzegu. Pochlapaliśmy się wszyscy. Ja zręcznie unikałam rozbijających się o moje nogi fal. Chociaż było mi to obojętne i później przestałam zwracać uwagę na wodę, ponieważ wszystkie rzeczy tak szybko schły, że ledwo zauważyło się je zamoczone, a już były suche. Ta zasada nie dotyczyła jednak moich włosów, które były mokre caaaaaały czas. Dowiedziałam się, że strasznie prosto chodzę. Wcześniej nie myślałam o tym, wydawało mi się to raczej naturalne. Wręcz odnosiłam wrażenie, iż momentami się garbię. Zaskoczyło mnie to, z resztą jak wiele innych zdarzeń podczas tego obozu. Na przykład reakcja sprzedawcy na widok kolegi trzymającego kastet nie tak, jak powinien.
Sporo czasu spędziłam też na boisku. Raz zagrałam w koszykówkę, parę razy w "piłkę nożną" (w cudzysłowie, bo jednak nie można tak nazwać samotnej gry, stania na bramce lub podawania w grupie). Nauczyłam się trochę strzelać do bramki. Na tym z tyłu, do siatkówki plażowej, dużo nie pograłam, ale prawie zawsze liczyłam punkty (kto by się spodziewał, że potrafię mieć donośny głos!). Wyrafinowanym graczem to ja nie jestem, ale i tak spodobałam się paru osobom. Nie wiem, czy ze względu na totalny szok, że ktoś taki (jak ja) nie boi się dotykać piłki, czy reprezentowałam jako taki poziom, ale to bez znaczenia. Liczy się intencja!
Najwięcej zdjęć zrobiłam tuż przed dyskoteką (bo chciałam mieć ze wszystkimi, a to był dobry czas, bo dużo ludzi, a ja już ochłonęłam po grze i nie byłam aż tak czerwona) i w ostatni dzień (presja czasu). Co było dość zabawne, w klubie spotkałam parę osób z gimnazjum.
Moim ulubionym momentem podczas dyskoteki było piana party (to właśnie wspominam najlepiej). Wtedy i tam po raz pierwszy przyczepiła się do mnie piosenka "Get lucky". Próbowała też inna, prawdopodobnie Rihanny (chyba dlatego bez powodzenia) i, w momencie kiedy puścił ją DJ, Hiszpan, z którym tańczyłam, nagle podniósł mnie (demo z Dirty Dancing, niestety, nie zostało uwiecznione :( ).
Przez cały czas obozu miałam powody do śmiechu, często ktoś przeszkadzał mi w jedzeniu (nie zapomnę "a wiesz skąd biorą się ziemniaki?", ani próby popisania się zakończonej upadkiem filiżanki), zamek sam w magiczny sposób się naprawił (przeze mnie :D), dowiedziałam się, że ja "się chyba każdemu podobam", co było niesamowicie miłe, ale też trudne do uwierzenia, brzmienie głosu Dancho, miny Lubo i... Stanimir. Najchętniej wróciłabym tam w przyszłym roku. Jak to zwykł mawiać mój tata - "pożyjemy, zobaczymy".
Zapomniałam napisać jeszcze o moim osobistym sukcesie, czyli o tym, że miałam szczęście. Kogo walizka jako pierwsza ruszyła na taśmę po powrocie do Polski? Moja! Chociaż raz, ale radość z epickiego zwycięstwa (a chwilę wcześniej myślałam, że to mój brat, który zawsze ma szczęście, zaraz dostanie walizkę) była niezmierna.
Na koniec coś, co mam nadzieję jeszcze kogoś rozśmieszy :)
Miłego oglądania :)
Kartie
Wylecieliśmy samolotem 4 VII 2013r. Wiadomo, jakie były moje wrażenia odnośnie lotu. Niestety, nie trafiło mi się siedzenie obok koleżanki. Wiem, że niedaleko mnie zajął miejsce opiekun (wtedy miałam nadzieję, iż okaże się opiekunem naszego obozu, bo wydawał się naprawdę sympatyczny), a tuż obok siadł jakiś młody chłopak, który niezbyt radził sobie z pasami, nawet po tym, jak mu pokazałam jak się nimi posługiwać. Nie był zbyt rozmowny, więc większość czasu spędziłam na patrzeniu przez okno. Uwielbiam ten moment, kiedy równaliśmy się z poziomem chmur, a później wylatywaliśmy ponad nie. Wszystko zdawało się być takie nierzeczywiste.
Po wyjściu z lotniska w Burgas czekała nas półgodzinna droga autobusem do Słonecznego Brzegu. Dowiedziałam się od samej kierowniczki, że ma taką samą sukienkę jak ja i nie byłam pewna, jak powinnam zareagować na to, że powiedziała, iż nie zrobi mi konkurencji, ubierając ją. Zastosowałam więc najbardziej sprawdzoną metodę na wszystkie nie do końca zrozumiałe sytuacje, czyli lekko się uśmiechnęłam.
Na jachcie podczas rejsu (kapitan pozwolił mi stać! :D)
Odpuszczę bardzo szczegółowe opisy na temat tego, co było dalej. Nie robiłam zdjęć wszystkiego dookoła, jak to miałam kiedyś w zwyczaju. Teraz bardziej interesowali mnie ludzie. Sam charakter obozu był raczej rozrywkowy niż do zwiedzania. Byliśmy dwa razy w Aquaparku, wybraliśmy się na piracki rejs. Wypróbowaliśmy wszystkie zjeżdżalnie - z pontonami i bez, tyłem i przodem. Po prostu czas maksymalnie wykorzystany. Najlepsze były dwie wysokie - czerwona i żółta, no i niebieska, w której nie było nic widać. Podczas rejsu byłam jedyną dziewczyną (poza opiekunką), która odważyła się skoczyć. Później dołączyły się jeszcze dwie inne, ale z dumą stwierdzam, że byłam prekursorką. Oczywiście, niezbyt ostrożnie, pierwszy skok wykonałam z dachu na bombę, co przyprawiło mnie o dosyć silny ból ud i miejsca, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Jak wyszłam z wody, trzęsłam się niemiłosiernie, lecz nie znalazł się żaden dżentelmen skory do ofiarowania mi swego płaszcza (przecież wcale nie dlatego, iż tegoż płaszcza nie miał :)).
Dwukrotna wizyta na dyskotece w klubie "Lazur". Jak już kiedyś wspominałam, nastąpiła integracja międzynarodowa. Niesamowite przeżycia. Poza tym codziennie odbywały się zajęcia taneczne, które sfinalizowaliśmy nagrywaniem filmiku flash mob. Naszym animatorem był niezwykły pan Adam, który próbował już chyba wszystkiego (kostka rubika, żonglerka, zabawy intelektualne). Poniżej filmik z naszym udziałem. Może nie przyznam się, gdzie jestem, bo nie mogłam się skupić i się parę razy pomyliłam :) Miałam po tym straszne odciski i zdartą skórę (tańczyliśmy boso), stąd widoczny na niektórych zdjęciach bandaż na stopie.
Nasz hotel był w porządku. Obsługa świetna. Była pani w recepcji, która potrafiła płynnie mówić po Polsku. Jeśli chodzi o kelnerów, to z jednym naprawdę dobrze się dogadywałam, a dowiedziałam się, że nauczył się angielskiego, grając w WoW'a (może ja też spróbuję? :)). Nasz pokój był całkiem miły. Byłam z przesympatycznymi dziewczynami, choć przyznam szczerze, że na początku trochę się bałam, iż możemy się nie dogadywać. Na szczęście okazało się być inaczej i teraz mam tylko same dobre wspomnienia.
Nasz pokój
Bardzo podobała mi się tamtejsza organizacja posiłków. Co prawda nie przywykłam do jedzenia obiadów o 12:30 (zazwyczaj po 16:00, niekoniecznie z własnego wyboru), ale byłam zadowolona z tego, iż mogliśmy wybierać. Nie wszyscy chcieli jeść potrawy z bułgarskiej kuchni (ja owszem!), więc mieliśmy do wyboru na obiad jeszcze dania włoskie. Co wieczór decydowaliśmy, którą kuchnię wolimy, a nazajutrz dostawaliśmy malutkie karteczki później oddawane odpowiednim osobom. W hotelu znajdowały się dwie restauracje i bar. Mój pokój był bardzo blisko tej, w której wydawano śniadania, kolacje i obiady bułgarskie, ale nie dlatego częściej wybierałam tamtejszą kuchnię. Po prostu chciałam spróbować czegoś nowego, a że okazało się smacznie i różnorodnie, tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, iż podjęłam dobrą decyzję. Próbowałam chłodnika z ogórków i trafił w mój gust, choć się tego zupełnie nie spodziewałam.
Zaczynaliśmy mieć dość plaży, ale opiekunowie wyciągnęli nas na spacer do miasta wzdłuż brzegu. Pochlapaliśmy się wszyscy. Ja zręcznie unikałam rozbijających się o moje nogi fal. Chociaż było mi to obojętne i później przestałam zwracać uwagę na wodę, ponieważ wszystkie rzeczy tak szybko schły, że ledwo zauważyło się je zamoczone, a już były suche. Ta zasada nie dotyczyła jednak moich włosów, które były mokre caaaaaały czas. Dowiedziałam się, że strasznie prosto chodzę. Wcześniej nie myślałam o tym, wydawało mi się to raczej naturalne. Wręcz odnosiłam wrażenie, iż momentami się garbię. Zaskoczyło mnie to, z resztą jak wiele innych zdarzeń podczas tego obozu. Na przykład reakcja sprzedawcy na widok kolegi trzymającego kastet nie tak, jak powinien.
Sporo czasu spędziłam też na boisku. Raz zagrałam w koszykówkę, parę razy w "piłkę nożną" (w cudzysłowie, bo jednak nie można tak nazwać samotnej gry, stania na bramce lub podawania w grupie). Nauczyłam się trochę strzelać do bramki. Na tym z tyłu, do siatkówki plażowej, dużo nie pograłam, ale prawie zawsze liczyłam punkty (kto by się spodziewał, że potrafię mieć donośny głos!). Wyrafinowanym graczem to ja nie jestem, ale i tak spodobałam się paru osobom. Nie wiem, czy ze względu na totalny szok, że ktoś taki (jak ja) nie boi się dotykać piłki, czy reprezentowałam jako taki poziom, ale to bez znaczenia. Liczy się intencja!
Najwięcej zdjęć zrobiłam tuż przed dyskoteką (bo chciałam mieć ze wszystkimi, a to był dobry czas, bo dużo ludzi, a ja już ochłonęłam po grze i nie byłam aż tak czerwona) i w ostatni dzień (presja czasu). Co było dość zabawne, w klubie spotkałam parę osób z gimnazjum.
Moim ulubionym momentem podczas dyskoteki było piana party (to właśnie wspominam najlepiej). Wtedy i tam po raz pierwszy przyczepiła się do mnie piosenka "Get lucky". Próbowała też inna, prawdopodobnie Rihanny (chyba dlatego bez powodzenia) i, w momencie kiedy puścił ją DJ, Hiszpan, z którym tańczyłam, nagle podniósł mnie (demo z Dirty Dancing, niestety, nie zostało uwiecznione :( ).
Mój ukochany Stanimir :D
Z Sebastianem :)
Przesłodki Valo :)
Mój ulubiony Dancho :D
Ja i moja wspólokatorka :)
i druga z prześmiesznym Lubo :D
Ola i mistrz siatkówki :)
Ja i mega chudy Baki
Przez cały czas obozu miałam powody do śmiechu, często ktoś przeszkadzał mi w jedzeniu (nie zapomnę "a wiesz skąd biorą się ziemniaki?", ani próby popisania się zakończonej upadkiem filiżanki), zamek sam w magiczny sposób się naprawił (przeze mnie :D), dowiedziałam się, że ja "się chyba każdemu podobam", co było niesamowicie miłe, ale też trudne do uwierzenia, brzmienie głosu Dancho, miny Lubo i... Stanimir. Najchętniej wróciłabym tam w przyszłym roku. Jak to zwykł mawiać mój tata - "pożyjemy, zobaczymy".
Zapomniałam napisać jeszcze o moim osobistym sukcesie, czyli o tym, że miałam szczęście. Kogo walizka jako pierwsza ruszyła na taśmę po powrocie do Polski? Moja! Chociaż raz, ale radość z epickiego zwycięstwa (a chwilę wcześniej myślałam, że to mój brat, który zawsze ma szczęście, zaraz dostanie walizkę) była niezmierna.
Na koniec coś, co mam nadzieję jeszcze kogoś rozśmieszy :)
Miłego oglądania :)
Kartie






Komentarze
Świetne fotki:)
Btw:
Stanmir jest podobny do Banderasa :D
(Fajny filmik :)
Kolejna osoba, która mówi o tym Banderasie, a ja tego wcześniej nie zauważyłam :D
wróóóócisz :D
Jak przez cały rok będę tak samo chciała tam pojechać, to obawiam się, że ze mną nie wytrzymają i puszczą "dla świętego spokoju" :)