Małopolska Noc Naukowców 2013
Cofnijmy się do dnia poprzedzającego piątek:
Zasiadłam na kozetce, przykładając pakunek z lodem do swojej lewej ręki. Atmosfera jak z filmu. Grecka muzyka w tle. Zerknęłam w stronę okna i byłam zmuszona przyznać, iż moje obawy potwierdziły się, ponieważ właśnie zaczął padać deszcz. Do gabinetu wszedł chłopak. Odwróciłam wzrok na zegar i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy miało minąć te dziesięć minut. W tym momencie zadzwonił telefon. Spojrzałam w dół, poprawiłam okład i oparłam tył głowy o ścianę. Krople deszczu rozbijały się o szybę. Z radia do moich uszu tym razem dobiegały dźwięki walca. Mój palec został zabandażowany, zatem mogłam udać się do wyjścia i opuścić pomieszczenie.
Na zewnątrz czekało na mnie parę osób, z którymi podzieliłam się nabytymi informacjami, a następnie szybko pożegnałam i pomknęłam w doskonale znanym mi kierunku.
Piątek minął, jakby go nie było. Udało mi się przewidzieć bieg wydarzeń i podczas rozmów o przyszłości w międzyczasie ustalić plan reszty dnia. Po zakończeniu zajęć razem z przyjaciółką skierowałam się na obiad, a później spakowałam swoje rzeczy. Mogłam to sprawniej załatwić, ale nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Od teraz naszej podróży towarzyszył urzekający tętent kół od walizki oraz sam przedmiot gwarantujący nam ten dźwięk, który, dzięki wspaniałej rączce, nawet nie sprawiał zbyt wiele kłopotu i aż tak uciążliwy nie był. Po tej przygodzie morał jest taki, że trzeba dawkować przyjemności. Rozpoczęłam podróż przez Kraków z przyjaciółką, bagażem i lekką obawą, iż ktoś może mnie dzisiaj uznać za (niedoszłą) terrorystkę. Naszym pierwszym celem, po tym jak ja skonsumowałam już swój posiłek, stała się meksykańska restauracja Alebriche. Grzechem byłoby tam nie pójść. Dostałam pięknie zamówioną po hiszpańsku tartę czekoladową, która przypomniała mi o ostatnich kulinarnych walkach z mikrofalówką. Była przepyszna, co stanowiło przyjemną odmianę dla mojego zwykłego pożywienia. Byłam zachwycona. Nawet teraz, pisząc tę relację, czuję zapachy, których w Alebriche było pełno. To naprawdę klimatyczne miejsce. Najbardziej spodobały mi się piękne serwety na stołach. Sposób mówienia po polsku naszego kelnera był rozbrajający. Całokształt sprawił, iż jestem prawie pewna, że jeszcze kiedyś tam zajrzymy.
Kiedy zdałyśmy sobie sprawę, jak szybko leci czas, zebrałyśmy rzeczy (i walizkę :) ) i szybkim krokiem dostałyśmy się pod Akademię Sztuk Pięknych, gdzie wypełniłyśmy ankiety oraz dostałyśmy koszulki (ostatnie dwa średnie rozmiary), a następnie przeszłyśmy do budynku numer 003, aby zobaczyć, co związanego z fotografią zostało tam przygotowane. Po całkiem długim czekaniu w kolejce, udało nam się dostać do ciemni, gdzie naświetlałyśmy stworzone przez nas kompozycje, które jakiś czas później zostały wywołane. Poplątałyśmy się chwilę po budynku, odwiedziłyśmy studio i trafiłyśmy na krótką prezentację o obróbce zdjęć. Kiedy się skończyła, poszłyśmy odebrać nasze dzieła. Całkiem interesujące.
Stamtąd droga do Collegium Witkowskiego była krótka. Obeszłyśmy tylko parę korytarzy, a po drodze wgłąb ulicy Gołębiej zostałyśmy zaproszone przez dwóch przebranych studentów do zwiedzenia Collegium Minus. Weszłyśmy do środka, ale miałyśmy jeszcze trochę planów do zrealizowania, więc nie zabawiłyśmy tam długo. Kolejnym punktem naszej wycieczki był Wydział Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Byłam tam już kiedyś, ale o wczesnej porze. Wieczorem to miejsce wydawało się jeszcze bardziej magiczne. Tam spotkałyśmy trzy młode dziewczyny, którym moja przyjaciółka pokazała na mapie drogę do Wydziału Chemii. My same doszłyśmy do końca ulicy Gołębiej i skręciłyśmy na Rynek. Tam zatrzymał nas rajd rowerowy. Następnym celem była Akademia Górniczo-Hutnicza. Po drodze, na placu Szczepańskim, przystanęłyśmy na chwilę, żeby posłuchać muzyki - wokal, wiolonczela i klawisze.
Kiedy dotarłyśmy do naszego celu, okazało się, iż główny budynek jest zamknięty. Przed wejściem spotkałyśmy trzech studentów, których zapytałyśmy o drogę. Wytłumaczyli nam mniej więcej, dokąd się kierować. Posłuchałyśmy ich - poszłyśmy przed siebie w poszukiwaniu tajemniczego budynku D-17. Bezskutecznie. Przystanęłyśmy, żebym mogła jeszcze raz sprawdzić moją notatkę. Ci studenci właśnie przechodzili obok, więc zapytali, czy udało nam się go odnaleźć. Krótka odpowiedź: "średnio" może i nie była zbyt rozbudowana, ale za to niesamowicie wymowna, przez co chłopcy najprawdopodobniej postawili sobie za punkt honoru wybawienie bezbronnych niewiast z opresji, więc zaprowadzili nas dziwaczną drogą, gdyż musieliśmy przejść nad malutkim żywopłotem, co z walizką tak wygodne nie było, do bardziej poinformowanego osobnika, który ofiarował nam mapkę.
Przeszliśmy wszyscy ulicą Czarnowiejską i tam zmartwiłam się, bo zastaliśmy tłum ludzi. Chłopcy robili zdjęcia mapy (żeby sami się nie zgubili), a my oszacowałyśmy liczbę osób i czas, jaki przyszłoby nam czekać, gdybyśmy zechciały dostać się na prezentację. W obliczu tych danych zmuszona byłam do rezygnacji z planu. Na szczęście nie byłam zawiedziona, bo wieczór i bez tego był pełen wrażeń. Podziękowałyśmy naszym przewodnikom i tu rozeszły się nasze ścieżki.
Następną - już ostatnią - lokalizacją na mapie odwiedzonych przez nas tego wieczoru miejsc została kawiarnia Cudowne Lata, gdzie było zbyt głośno i tłoczno dla mnie, co sprawiło, że to miejsce odwiedzać będę pewnie tylko z sentymentu lub z okazji ważnych wydarzeń (kto wie, ten wie :) ), nie ze względu na przyciągającą atmosferę. Choć słyszałam, że bywa przyjemniej, o ile nie wpada się tam w piątkowy wieczór.
Kartie
Zasiadłam na kozetce, przykładając pakunek z lodem do swojej lewej ręki. Atmosfera jak z filmu. Grecka muzyka w tle. Zerknęłam w stronę okna i byłam zmuszona przyznać, iż moje obawy potwierdziły się, ponieważ właśnie zaczął padać deszcz. Do gabinetu wszedł chłopak. Odwróciłam wzrok na zegar i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy miało minąć te dziesięć minut. W tym momencie zadzwonił telefon. Spojrzałam w dół, poprawiłam okład i oparłam tył głowy o ścianę. Krople deszczu rozbijały się o szybę. Z radia do moich uszu tym razem dobiegały dźwięki walca. Mój palec został zabandażowany, zatem mogłam udać się do wyjścia i opuścić pomieszczenie.
Na zewnątrz czekało na mnie parę osób, z którymi podzieliłam się nabytymi informacjami, a następnie szybko pożegnałam i pomknęłam w doskonale znanym mi kierunku.
Piątek minął, jakby go nie było. Udało mi się przewidzieć bieg wydarzeń i podczas rozmów o przyszłości w międzyczasie ustalić plan reszty dnia. Po zakończeniu zajęć razem z przyjaciółką skierowałam się na obiad, a później spakowałam swoje rzeczy. Mogłam to sprawniej załatwić, ale nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Od teraz naszej podróży towarzyszył urzekający tętent kół od walizki oraz sam przedmiot gwarantujący nam ten dźwięk, który, dzięki wspaniałej rączce, nawet nie sprawiał zbyt wiele kłopotu i aż tak uciążliwy nie był. Po tej przygodzie morał jest taki, że trzeba dawkować przyjemności. Rozpoczęłam podróż przez Kraków z przyjaciółką, bagażem i lekką obawą, iż ktoś może mnie dzisiaj uznać za (niedoszłą) terrorystkę. Naszym pierwszym celem, po tym jak ja skonsumowałam już swój posiłek, stała się meksykańska restauracja Alebriche. Grzechem byłoby tam nie pójść. Dostałam pięknie zamówioną po hiszpańsku tartę czekoladową, która przypomniała mi o ostatnich kulinarnych walkach z mikrofalówką. Była przepyszna, co stanowiło przyjemną odmianę dla mojego zwykłego pożywienia. Byłam zachwycona. Nawet teraz, pisząc tę relację, czuję zapachy, których w Alebriche było pełno. To naprawdę klimatyczne miejsce. Najbardziej spodobały mi się piękne serwety na stołach. Sposób mówienia po polsku naszego kelnera był rozbrajający. Całokształt sprawił, iż jestem prawie pewna, że jeszcze kiedyś tam zajrzymy.
Kiedy zdałyśmy sobie sprawę, jak szybko leci czas, zebrałyśmy rzeczy (i walizkę :) ) i szybkim krokiem dostałyśmy się pod Akademię Sztuk Pięknych, gdzie wypełniłyśmy ankiety oraz dostałyśmy koszulki (ostatnie dwa średnie rozmiary), a następnie przeszłyśmy do budynku numer 003, aby zobaczyć, co związanego z fotografią zostało tam przygotowane. Po całkiem długim czekaniu w kolejce, udało nam się dostać do ciemni, gdzie naświetlałyśmy stworzone przez nas kompozycje, które jakiś czas później zostały wywołane. Poplątałyśmy się chwilę po budynku, odwiedziłyśmy studio i trafiłyśmy na krótką prezentację o obróbce zdjęć. Kiedy się skończyła, poszłyśmy odebrać nasze dzieła. Całkiem interesujące.
Stamtąd droga do Collegium Witkowskiego była krótka. Obeszłyśmy tylko parę korytarzy, a po drodze wgłąb ulicy Gołębiej zostałyśmy zaproszone przez dwóch przebranych studentów do zwiedzenia Collegium Minus. Weszłyśmy do środka, ale miałyśmy jeszcze trochę planów do zrealizowania, więc nie zabawiłyśmy tam długo. Kolejnym punktem naszej wycieczki był Wydział Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Byłam tam już kiedyś, ale o wczesnej porze. Wieczorem to miejsce wydawało się jeszcze bardziej magiczne. Tam spotkałyśmy trzy młode dziewczyny, którym moja przyjaciółka pokazała na mapie drogę do Wydziału Chemii. My same doszłyśmy do końca ulicy Gołębiej i skręciłyśmy na Rynek. Tam zatrzymał nas rajd rowerowy. Następnym celem była Akademia Górniczo-Hutnicza. Po drodze, na placu Szczepańskim, przystanęłyśmy na chwilę, żeby posłuchać muzyki - wokal, wiolonczela i klawisze.
Kiedy dotarłyśmy do naszego celu, okazało się, iż główny budynek jest zamknięty. Przed wejściem spotkałyśmy trzech studentów, których zapytałyśmy o drogę. Wytłumaczyli nam mniej więcej, dokąd się kierować. Posłuchałyśmy ich - poszłyśmy przed siebie w poszukiwaniu tajemniczego budynku D-17. Bezskutecznie. Przystanęłyśmy, żebym mogła jeszcze raz sprawdzić moją notatkę. Ci studenci właśnie przechodzili obok, więc zapytali, czy udało nam się go odnaleźć. Krótka odpowiedź: "średnio" może i nie była zbyt rozbudowana, ale za to niesamowicie wymowna, przez co chłopcy najprawdopodobniej postawili sobie za punkt honoru wybawienie bezbronnych niewiast z opresji, więc zaprowadzili nas dziwaczną drogą, gdyż musieliśmy przejść nad malutkim żywopłotem, co z walizką tak wygodne nie było, do bardziej poinformowanego osobnika, który ofiarował nam mapkę.
Sfotografowana przy lampach pod AGH. Demonicznie :>
Przeszliśmy wszyscy ulicą Czarnowiejską i tam zmartwiłam się, bo zastaliśmy tłum ludzi. Chłopcy robili zdjęcia mapy (żeby sami się nie zgubili), a my oszacowałyśmy liczbę osób i czas, jaki przyszłoby nam czekać, gdybyśmy zechciały dostać się na prezentację. W obliczu tych danych zmuszona byłam do rezygnacji z planu. Na szczęście nie byłam zawiedziona, bo wieczór i bez tego był pełen wrażeń. Podziękowałyśmy naszym przewodnikom i tu rozeszły się nasze ścieżki.
Następną - już ostatnią - lokalizacją na mapie odwiedzonych przez nas tego wieczoru miejsc została kawiarnia Cudowne Lata, gdzie było zbyt głośno i tłoczno dla mnie, co sprawiło, że to miejsce odwiedzać będę pewnie tylko z sentymentu lub z okazji ważnych wydarzeń (kto wie, ten wie :) ), nie ze względu na przyciągającą atmosferę. Choć słyszałam, że bywa przyjemniej, o ile nie wpada się tam w piątkowy wieczór.
Kartie
Komentarze