Nieme kino
Obudziła się kolejny raz tej nocy. Nikogo przy niej nie było. Mimo to, wstała i rozglądnęła się po całym pokoju. Poruszała się po omacku, nie chcąc, aby światło ją oślepiło. Na szafce leżała pusta biała kartka. Odwróciła ją, żeby przypomnieć sobie, skąd się wzięła. Lepiej byłoby nie pamiętać.
- Słyszałam, że kochasz.
- Kocham? Czym jest miłość?
- A jednak tęsknisz.
- Skoro mam już dość łez, jedyne co mi pozostaje to śmiech.
Uśmiechnął się na myśl o swoim dziele. Ostatni artysta na tym ponurym świecie. Kopiuje innych, ale nawet to mu nie wychodzi i czyni swoje prace jedynymi w swoim rodzaju. Słonecznik. Pestki leżały rozrzucone po całej podłodze, a on nie miał zamiaru nic z nimi robić. Chciał, żeby zajęły się sobą same. Ptaki chciwie zaglądały przez szybę, czekając na chwilę nieuwagi i kolorami piór zachęcały do nieroztropności. On udawał, że żyje w innym świecie, że ich nie potrzebuje.
- Myślałam, że jesteś specjalistą.
- Ja po prostu na złe kobiety trafiam.
Pewnego dnia wpuścił jednego z nich. Chciał go oswoić i mieć za swojego towarzysza. Ptak ukradkiem zbierał wszystkie pestki i wyrzucał przez uchylone okno. Nie uciekał, poświęcał się dla sprawy. Ostatni artysta zwątpił w swoją funkcję. Kopiowanie stało się niemożliwe. Coraz częściej kładł się na dywanie i przyłapywał na tym, że już wcale nie dotyka płócien. Stos notatek malał z dnia na dzień. Jego towarzysz skończył swoją misję i uciekł. On został sam. Coraz rzadziej mrugał. Po co odświeżać coś, co nie poddaje się odświeżeniu?
Wróciła do swoich wieczornych nawyków. Znowu piła miętę, a nocą zastanawiała się, co za dnia trzeba było zrobić lepiej. Dawało jej to ulgę i poczucie pewności, że jednak wciąż może próbować. Przestała snuć się przez zamęty sprzeczności. Nie była już duchem, żyjącym kolejnymi naglącymi sprawami. Nadała sobie tempo, któremu mogła sprostać i korzystała z tego, że nikt nie stoi nad nią z latarką, której odbite od lustra światło kłuje w oczy. Przez nieuwagę strąciła pudełko zapałek z półki. Powoli schyliła się i dotknęła czubkami palców podłogi. Chwyciła jedną z rozsypanych i potarła nią o bok pudełka. Odpaliła od niej świeczkę i przyglądnęła się karteczce. Zapomniała, jak bardzo lubił to robić. Niewidzialny atrament. Zagadki.
Nie muszę zamykać oczu, żeby Cię nie widzieć.
- Słyszałam, że kochasz.
- Kocham? Czym jest miłość?
- A jednak tęsknisz.
- Skoro mam już dość łez, jedyne co mi pozostaje to śmiech.
Uśmiechnął się na myśl o swoim dziele. Ostatni artysta na tym ponurym świecie. Kopiuje innych, ale nawet to mu nie wychodzi i czyni swoje prace jedynymi w swoim rodzaju. Słonecznik. Pestki leżały rozrzucone po całej podłodze, a on nie miał zamiaru nic z nimi robić. Chciał, żeby zajęły się sobą same. Ptaki chciwie zaglądały przez szybę, czekając na chwilę nieuwagi i kolorami piór zachęcały do nieroztropności. On udawał, że żyje w innym świecie, że ich nie potrzebuje.
- Myślałam, że jesteś specjalistą.
- Ja po prostu na złe kobiety trafiam.
Pewnego dnia wpuścił jednego z nich. Chciał go oswoić i mieć za swojego towarzysza. Ptak ukradkiem zbierał wszystkie pestki i wyrzucał przez uchylone okno. Nie uciekał, poświęcał się dla sprawy. Ostatni artysta zwątpił w swoją funkcję. Kopiowanie stało się niemożliwe. Coraz częściej kładł się na dywanie i przyłapywał na tym, że już wcale nie dotyka płócien. Stos notatek malał z dnia na dzień. Jego towarzysz skończył swoją misję i uciekł. On został sam. Coraz rzadziej mrugał. Po co odświeżać coś, co nie poddaje się odświeżeniu?
Wróciła do swoich wieczornych nawyków. Znowu piła miętę, a nocą zastanawiała się, co za dnia trzeba było zrobić lepiej. Dawało jej to ulgę i poczucie pewności, że jednak wciąż może próbować. Przestała snuć się przez zamęty sprzeczności. Nie była już duchem, żyjącym kolejnymi naglącymi sprawami. Nadała sobie tempo, któremu mogła sprostać i korzystała z tego, że nikt nie stoi nad nią z latarką, której odbite od lustra światło kłuje w oczy. Przez nieuwagę strąciła pudełko zapałek z półki. Powoli schyliła się i dotknęła czubkami palców podłogi. Chwyciła jedną z rozsypanych i potarła nią o bok pudełka. Odpaliła od niej świeczkę i przyglądnęła się karteczce. Zapomniała, jak bardzo lubił to robić. Niewidzialny atrament. Zagadki.
"Już mnie nie ma."
- Czy kiedykolwiek byłeś?
Nie krzyczy. Przybita deskami, które odwracają jej świat do góry nogami. Nieme kino. Nie potrzebuje głosu, żeby wyolbrzymiać to, co się dzieje. Nie wystarczy ruch brwi. Kwiaty w wazonie zwiędły i już nie ma, nad czym rozmyślać. Kłóci się ze sobą, ale tylko na pokaz. Ten spektakl przemija wraz z nią, a ludzie zapomną jej kiepską grę. Skacze do góry z nadzieją, że wzleci jak Ikar, ale po chwili znów spada. Nie zmarnowałaby swojej szansy dla ciepła. Nie wzniosłaby się ku światłu. Wystarczy stan pośredni. Pomiędzy nienawiścią a żarliwym uczuciem jest ta obojętność, która pozwala jej na przerwę.
- Jak długo wytrzymasz z brakiem drugiej osoby?
- A jeśli nie będzie mi jej brakować?
Nie muszę zamykać oczu, żeby Cię nie widzieć.
Band of Horses - The Funeral
Komentarze