12 maja 2013r. - Bierzmowanie

Od wczoraj czuję się dużo bardziej dojrzała i dużo bardziej odpowiedzialna. Podziękowania dla księdza udało mi się jako tako złożyć (mogło być gorzej :)), w cisnących mnie butach wytrzymałam, nie dałam się ponieść emocjom i nerwom, ale się opanowałam, poznałam (a w sumie to nie, bo dalej nie wiem, jak się nazywa) kogoś, kto czyta "Grę o Tron", spędziłam czas z rodziną, dostałam wspaniałe prezenty (których potrzeby w ogóle nie rozumiem, ale tak czy siak miły gest). Pogoda nam nie dopisała, ale może to i lepiej, bo nauczy nas pokory (ukłon w stronę wujka). Nie pochwaliłam się jeszcze, że zaliczyłam dwie "imprezy"? Może streszczę swój wczorajszy dzień, aby przybliżyć choć trochę przyczyny wszelkich uczuć, które mną  targały.
Obudziłam się o 6:26 po długiej nocy, która nie należała jednak do szczególnie przyjemnych. Było to za wcześnie i nie miałam, co ze sobą zrobić. Postanowiłam nawet nie podnosić się z łóżka, tylko spróbować zasnąć, chociaż na pół godzinki. Nie udało mi się to. Myślę, że przeleżałam tak do 7:10. Zebrałam myśli, odgarnęłam kołdrę, napięłam wszystkie mięśnie i w końcu, z nadludzkim wysiłkiem, zdołałam dokonać niemożliwego - wstałam z łóżka! Pierwszym, zatem honorowym, miejscem, do którego się udałam została jeszcze nie taka wyniosła łazienka. Uczesałam sobie kłosa, wyciągnęłam pasmo włosów z fryzury i puściłam luzem, ale coś mi się w tym nie podobało. Tak czy siak (wtrącę, że wciąż pamiętam jak to jest po niemiecku), zostawiłam to dość niechlujne upięcie i przystąpiłam do sprzątania pomieszczenia. Pomalowałam oczy (gwoli ścisłości nie oczy, lecz powieki ;)) złotym eyelinerem. Popatrzyłam na swoje odbicie w lustrze i postanowiłam, że zaplotę sobie warkocz jeszcze raz. Kiedy jestem znudzona lub śpiąca, potrafię spędzić w łazience naprawdę mnóstwo czasu, tym bardziej pomaga mi w tym świadomość, że tu nie muszę się bać, iż ktoś będzie przeze mnie czekał. Zdjęłam gumkę z włosów, przeczesałam je i zaczęłam od nowa. Tym razem wyszedł lepiej, ponieważ od razu zaczęłam kierować go na bok. 
Pogoda, jak już wcześniej pisałam, nie była zbyt specjalna i obawiałam się, że może mi to popsuć plany pójścia w białej sukience i w butach na obcasie. Zjadłam śniadanie (nie mogę sobie przypomnieć, co to było, ale chyba bułka z kiełbasą szynkową - kocham nieistotne szczegóły), pomalowałam paznokcie, ubrałam sukienkę, popatrzyłam na żakiet w kolorze brzoskwiniowym z podwiniętymi rękawami (żakiet z podwiniętymi rękawami, nie ja :)) i... zmartwiłam się. Przecież może być mi zimno! Przejrzałam w myślach szafę i przypomniałam sobie, że mogę ubrać pod to beżowy sweter - jest dość ciepły, a na tyle cienki, iż go nie będzie widać. "W razie czego" wzięłam ze sobą płaszcz, który jednak przez cały dzień przeleżał niewykorzystany w aucie. Póki co, wszystko się udawało, z tym małym szczegółem, że chcieliśmy wyjechać o 8:50, a zebraliśmy się dopiero o 9:00. 
Kiedy dotarliśmy do kościoła, naszym oczom ukazał się tłum ludzi. Miałam nadzieję, że wewnątrz będzie trochę wolnych miejsc, bo wizja ciągłego stania przez godzinę lub nawet więcej jakoś mi się nie uśmiechała. Msza była piękna, wszyscy zgrani, dzieci z całkiem ładną dykcją, choć, muszę się do tego przyznać, rozśmieszyło mnie, kiedy jedno z czytających próbowało wymówić słowo "Galilei". Po niej czekaliśmy chwilę na naszego "komunistę" (tak, to też mnie lekko rozśmieszyło), który się jednak nie pojawiał, więc postanowiliśmy wydostać się z budynku i tam ustawić do grupowego rodzinnego zdjęcia. Po króciutkiej rozmowie po sesji wsiedliśmy do aut i pojechaliśmy w siną dal, aż do cioci, ponieważ chciała na chwilkę wstąpić do domu, a ja na placu przed kościołem zauważyłam, że odpadł mi guzik. Czym prędzej go podniosłam, aby nie zniknął mi z pola widzenia i dzięki temu, że go zachowałam, moja mama mogła mi go przyszyć (a niby taka dorosła jestem). 
Jedzenia było w bród: rosół, de volaille, schabowy, rolady (na które się nie skusiłam), ziemniaki, sos, trzy rodzaje surówek, potem tort, kawa, inne ciasta, lody z owocami i... i... nie pamiętam, czy coś jeszcze, na pewno było, po tym jak my pojechaliśmy. Oględziny prezentów "komunisty", pomoc w składaniu trójwymiarowych puzzli z globusem (pierwsze składanie, później naklejanie). Rozmowy, słuchanie i jeszcze raz rozmowy. Mama, jako matka chrzestna, musiała jeszcze uczestniczyć w majówce, więc opuściła nasze większe towarzystwo na moment, a kiedy wróciła, trzeba było jechać do domu, ponieważ było już koło 16:00, a pół godziny później mieliśmy być pod naszym kościołem parafialnym. Zahaczyliśmy jeszcze o nasz dom, dlatego że musiałam się przebrać w czarną sukienkę i znaleźć buty, które, wydawało mi się, przywiozłam i nie mogłam przypomnieć sobie, gdzie je zostawiłam. Doprowadzona do łez, stresująca się, z podkrążonymi od płaczu oczami, panikująca, biegająca po całym domu i sprawdzająca we wszystkich zakamarkach, czy nie ma tam butów - to opis mnie z tamtego czasu. Zdecydowałam się wziąć czarne buty na małym obcasie, które są bardzo niewygodne (bardziej niż te wyższe, w których, o dziwo, właśnie dobrze mi się chodzi) i miałam nadzieję, że uda mi się je przebrać w czasie, o którym mówił nam ksiądz, że jest do tego przeznaczony. Powiedziałam mamie, że buty są w bagażniku w reklamówce i zapytałam czy mi je weźmie. Uzyskałam odpowiedź twierdzącą, więc przestałam się martwić. Przetarłam oczy i nos chusteczką, a chwilę po tym dotarliśmy pod kościół.
O 16:30, kiedy wszyscy się zebrali, dostaliśmy krzyże i wyszliśmy procesją na miejsce śmierci Sługi Bożego, który był kiedyś naszym proboszczem. Tam pomodliliśmy się i, wracając, odmawialiśmy tajemnice bolesne różańca. Nogi zaczęły mnie boleć, ale starałam się o tym nie myśleć. Uspokoiła mnie myśl, że przecież przebiorę je przed mszą. Dotarliśmy pod sanktuarium, a ja zaniepokojonym wzrokiem wypatrywałam mamy. Poprosiłam brata, aby poszedł jej poszukać. Okazało się, że nie ma ze sobą butów, bo myślała, że będzie czas, żeby podejść do auta i przebrać, więc zostałam skazana na mękę przetrwania w nich całej, calusieńkiej mszy. Stanęliśmy w dwóch kolumnach, tak jak ustawialiśmy się na próbie i staliśmy. Zaczęło się. Mnóstwo wysiłku kosztowało mnie powstrzymanie łez i niemyślenie o butach, bolących stopach i nogach oraz podziękowaniu. Przetrwałam, ale chłopak stojący niedaleko mnie najwyraźniej nie czuł się za dobrze, więc usiadł na ławce, aby nie zemdleć. Na szczęście nie było konieczne wzywanie karetki ani udzielanie pierwszej pomocy. Po pewnym czasie nastąpił również moment, kiedy miałam złożyć podziękowania księdzu, który nas przygotowywał. Kiedy cała uroczystość się skończyła i wyszliśmy z kościoła, powitały mnie znajome twarze. Byłam rozpromieniona, dumna, czułam się silna (i do teraz czuję). Otrzymałam piękny bukiet białych kwiatów (aż żałuję, że nie wzięłam go ze sobą), przywitałam księży, ciocie, wujków, kuzynki, tatę. Po czym wszyscy udaliśmy się do naszego domu.
Wreszcie mogłam ściągnąć męczące mnie buty. Przebrałam się znowu w białą sukienkę. Zaczęło się jedzenie po raz drugi. Dwie różne sałatki w trzech miskach, trzy placki (sernik, z galaretką, chałwowiec), wędliny i, kiedy na to wszystko patrzyłam, miałam ochotę coś zjeść, ale mój przejedzony organizm mi na to nie pozwalał, więc musiałam chwilkę odczekać, aby się uspokoił :) Po raz kolejny rozmowy, jeszcze prezenty (zdziwiłam się, bo kompletnie się tego nie spodziewałam) i bardzo miłe towarzystwo. Pierwsi goście wyszli dosyć szybko, ale za to ci, którzy zostali, byli jeszcze długo. Bardzo się cieszyłam, bo nie często zdarza nam się być w takim gronie. Zrobiłam się strasznie senna, a zmęczenie z całego dnia zaczęło się ujawniać dopiero teraz. Jak to się mówi, lekko "przymulałam". 
Po wszystkim, w nocy, nie mogłam zasnąć, przeczytałam jeden rozdział "Wielkiego Gatsby'ego" i dopiero po tym mi się udało. Spałam długo i wreszcie całkiem wypoczęłam. To był naprawdę wspaniały dzień. Jedyne, co chciałabym zmienić, to buty :) No, może jeszcze, żeby nie było tak płytko, powiedziałabym więcej od siebie tego, co chciałam przekazać księdzu, bo naprawdę bardzo podobały mi się spotkania z nim, po każdym czułam się mądrzejsza, bardziej umocniona, ale też skłoniona do przemyśleń. Szczerze? Nie powiedziałabym, chyba że w innym wymiarze, ale bardzo chciałabym, więc przyjmijmy, że w tym przypadku liczy się intencja.


P. S. Już wiem, po co są elektryczne szczoteczki do zębów - przyzwyczajają do dentysty :)
P. S. 2 Nie wiem, czy już mówiłam, ale moje imię do bierzmowania to Rita.
P. S. 3 Byłam chrzczona tego samego dnia - przynajmniej wreszcie zapamiętam tę datę :)
P. S. 4 Zacznę podpisywać się nickiem z nazwy bloga, będzie bardziej dopasowany.

Kartie

Komentarze