Wymarz swój sen
Bycie brutalnym jest zabawne.
Szukam ostatnio dobrej poezji angielskiej. Mam już parę typów, ale jeszcze się w nie nie zagłębiłam. (Mówiłam już, że uwielbiam zbitki podobnych wyrazów? Dla mnie zawsze mają znaczenie) Zacznijmy od definicji "dobrej poezji angielskiej", czyli takiej, która będzie wartościowa, piękna, po angielsku, ale taka, żebym ze swoimi zdolnościami (i pomocą słownika) mogła ją zrozumieć. Cały czas mam ochotę czytać o miłości. Moje życie chyba naprawdę się wokół niej kręci. Szukam swojego wzoru, aby nauczyć się jak rozwinąć tę jedyną, prawdziwą miłość.
Oglądnęłam dzisiaj piękny film - "To the Wonder". Spodobał mi się już od pierwszego kadru. Natknęłam się na niego w dosyć nietypowy sposób - szukając odpowiedniego gifa. Bardzo mi się spodobał obrazek, który znalazłam zamiast niego. Postanowiłam, że zamiast ślepo ufać swojej liście, spróbuję czegoś nowego - dla odmiany. Tak spędziłam dwie godziny na oglądaniu (jeśli by zliczyć to nawet więcej, bo co chwilę przerywałam, żeby coś zobaczyć/zrobić/sprawdzić/odpisać) tego emocjonalnego utworu. Klimatyczna muzyka doskonale oddawała charakter filmu. Miałam wrażenie, że już raz coś podobnego widziałam. Po chwili namysłu wspomnienia doprowadziły mnie do "Drzewa życia". Jak się okazało, niedaleko spadło jabłko od jabłoni, ponieważ oba filmy są dziełem Terrenca Malicka, który napisał do nich scenariusz i je wyreżyserował. Nie wiem, czy jest to dzieło do polecenia. Ostatnio polubiłam nieoczywiste i niebanalne dialogi, obrazy oparte na domysłach i filmy, podczas których ucieka się do całkiem innego świata oraz skupia na własnych emocjach, porównując je do przeżyć bohaterów. Może brakuje tu trochę poczucia humoru i odrobiny dystansu, ale wydaje mi się, że taki świat jest bardziej duchowy. Zdarzają mi się momenty, kiedy mam dość dbania o to, co na siebie założę. Kiedy czuję się zmęczona pożądaniem. Kiedy wiem, że ktoś traktuje mnie jak mięso, a sam zachowuje się niczym myśliwy. Kiedy łapię się na postrzeganiu ludzi w czysto materialny sposób. Kiedy dostrzegam, że jestem zbyt przyziemna.
Zastanawiam się, jaki kształt miałaby moja dusza, gdyby była ciałem?
Jak wyglądałyby uczucia, gdyby spróbować przedstawić je za pomocą symboli?
Starzeję się z każdym dniem, ale pytań coraz więcej. Owszem, znajduję odpowiedzi na część z nich i z każdej jestem dumna (mój mały osobisty sukces), ale zaraz uświadamiam sobie, że jeszcze długa droga przede mną.
Czuję się spełniona! Jak szybko dwa zdania potrafią zmienić mój nastrój :D To takie miłe. Zawsze wierzyłam.
Dzisiaj noc spadających gwiazd i zapowiada się też seans filmowy. Chciałabym nie musieć spać. Mieć do zagospodarowania całe cenne dwadzieścia cztery godziny. Móc zrobić z nimi, co tylko zechcę. Na razie, w wyniku smutnej konieczności conocnego snu, muszę się mierzyć z wciąż bzyczącymi komarami, które chyba nie rozumieją, jak bardzo chciałabym ich nie słyszeć i największy apetyt mają właśnie wtedy, kiedy już prawie udaje mi się pogrążyć w marzeniach. Za dnia też są uciążliwe, ale ich zaletą jest to, że przynajmniej ćwiczę swoją wolę i staje się coraz bardziej "silna", gdy usiłuję się nie drapać.
Śniło mi się, że byłam aktorką (całkiem niezłą! :O) w teatrze i improwizowałam, a potem pojawiło się dwóch mężczyzn, którzy grozili mi, że mnie zabiją, jeśli nie oddam im mojego roweru (jeden groził pistoletem), więc postąpiłam zgodnie z ich instrukcjami, choć przez myśl (tak, potrafię myśleć podczas snu, co jest trochę komiczne) przeszło mi zrobienie jakiegoś tricku godnego prawdziwych filmów akcji.
Na noc coś delikatnego:
Pozdrowienia od szczęśliwej i niecierpliwej
Kartie
Szukam ostatnio dobrej poezji angielskiej. Mam już parę typów, ale jeszcze się w nie nie zagłębiłam. (Mówiłam już, że uwielbiam zbitki podobnych wyrazów? Dla mnie zawsze mają znaczenie) Zacznijmy od definicji "dobrej poezji angielskiej", czyli takiej, która będzie wartościowa, piękna, po angielsku, ale taka, żebym ze swoimi zdolnościami (i pomocą słownika) mogła ją zrozumieć. Cały czas mam ochotę czytać o miłości. Moje życie chyba naprawdę się wokół niej kręci. Szukam swojego wzoru, aby nauczyć się jak rozwinąć tę jedyną, prawdziwą miłość.
Oglądnęłam dzisiaj piękny film - "To the Wonder". Spodobał mi się już od pierwszego kadru. Natknęłam się na niego w dosyć nietypowy sposób - szukając odpowiedniego gifa. Bardzo mi się spodobał obrazek, który znalazłam zamiast niego. Postanowiłam, że zamiast ślepo ufać swojej liście, spróbuję czegoś nowego - dla odmiany. Tak spędziłam dwie godziny na oglądaniu (jeśli by zliczyć to nawet więcej, bo co chwilę przerywałam, żeby coś zobaczyć/zrobić/sprawdzić/odpisać) tego emocjonalnego utworu. Klimatyczna muzyka doskonale oddawała charakter filmu. Miałam wrażenie, że już raz coś podobnego widziałam. Po chwili namysłu wspomnienia doprowadziły mnie do "Drzewa życia". Jak się okazało, niedaleko spadło jabłko od jabłoni, ponieważ oba filmy są dziełem Terrenca Malicka, który napisał do nich scenariusz i je wyreżyserował. Nie wiem, czy jest to dzieło do polecenia. Ostatnio polubiłam nieoczywiste i niebanalne dialogi, obrazy oparte na domysłach i filmy, podczas których ucieka się do całkiem innego świata oraz skupia na własnych emocjach, porównując je do przeżyć bohaterów. Może brakuje tu trochę poczucia humoru i odrobiny dystansu, ale wydaje mi się, że taki świat jest bardziej duchowy. Zdarzają mi się momenty, kiedy mam dość dbania o to, co na siebie założę. Kiedy czuję się zmęczona pożądaniem. Kiedy wiem, że ktoś traktuje mnie jak mięso, a sam zachowuje się niczym myśliwy. Kiedy łapię się na postrzeganiu ludzi w czysto materialny sposób. Kiedy dostrzegam, że jestem zbyt przyziemna.
Zastanawiam się, jaki kształt miałaby moja dusza, gdyby była ciałem?
Jak wyglądałyby uczucia, gdyby spróbować przedstawić je za pomocą symboli?
Starzeję się z każdym dniem, ale pytań coraz więcej. Owszem, znajduję odpowiedzi na część z nich i z każdej jestem dumna (mój mały osobisty sukces), ale zaraz uświadamiam sobie, że jeszcze długa droga przede mną.
Czuję się spełniona! Jak szybko dwa zdania potrafią zmienić mój nastrój :D To takie miłe. Zawsze wierzyłam.
Dzisiaj noc spadających gwiazd i zapowiada się też seans filmowy. Chciałabym nie musieć spać. Mieć do zagospodarowania całe cenne dwadzieścia cztery godziny. Móc zrobić z nimi, co tylko zechcę. Na razie, w wyniku smutnej konieczności conocnego snu, muszę się mierzyć z wciąż bzyczącymi komarami, które chyba nie rozumieją, jak bardzo chciałabym ich nie słyszeć i największy apetyt mają właśnie wtedy, kiedy już prawie udaje mi się pogrążyć w marzeniach. Za dnia też są uciążliwe, ale ich zaletą jest to, że przynajmniej ćwiczę swoją wolę i staje się coraz bardziej "silna", gdy usiłuję się nie drapać.
Śniło mi się, że byłam aktorką (całkiem niezłą! :O) w teatrze i improwizowałam, a potem pojawiło się dwóch mężczyzn, którzy grozili mi, że mnie zabiją, jeśli nie oddam im mojego roweru (jeden groził pistoletem), więc postąpiłam zgodnie z ich instrukcjami, choć przez myśl (tak, potrafię myśleć podczas snu, co jest trochę komiczne) przeszło mi zrobienie jakiegoś tricku godnego prawdziwych filmów akcji.
Na noc coś delikatnego:
Pozdrowienia od szczęśliwej i niecierpliwej
Kartie
Komentarze